– Spokojnie! Potłukłam kubek, ale najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Najważniejsze, że jesteśmy cali.
Krysia jest małą osóbką. Małe osóbki nie są traktowane poważnie. Kiedy coś mówią, przytakuje się im bezmyślnie, na odczepnego, mówi, że tak, oczywiście, mają rację. A przecież tyle możemy się od nich nauczyć. Dzieci są chodzącą skarbnicą wiedzy pierwotnej, nieskażonej dorosłą i, zdawałoby się, dojrzałą stronniczością.
Wielokrotnie doświadczyła tego autorka „Małej książki wielkich spraw”, Michalina Grzesiak – matka dwójki dzieci, kobieta walcząca w wielkiej bitwie zwanej życiem. W ferworze boju z codziennością zatrzymuje się, by docenić mądrość bohaterki swojej książki – małej Krysi.
Dzieci autorki wychowywane są w taki sposób, by nie zaszczepić w nich żadnych subiektywnych przekonań. Rodzice słuchają i rozmawiają, tłumaczą, jednak nie narzucają. Krysia i Jurek sami dochodzą do wniosków, obserwując otoczenie i poznając różne punkty widzenia. Dobrze widać to dzięki kontraście z ich rówieśnikami, których zachowanie stanowi odbicie poglądów rodziców. Dlaczego dziewczynki bawią się lalkami i noszą różowe spódniczki, a chłopcy kolekcjonują modele aut i czapki z daszkiem? Ponieważ tego się od nich oczekuje. Michalina Grzesiak natomiast obserwuje i pozwala obserwować czytelnikom. Pozwala uczyć się od swoich dzieci tolerancji i miłości do wszystkiego, co żyje (albo i nie, w końcu brzydki plastikowy pierścionek też zasługuje na kogoś, komu na nim zależy). Przywołuje przykłady świadczące o tym, że dzieci są niczym innym, jak lepszą wersją dorosłych, których gubimy z biegiem lat i wkrótce zaczynamy znów szukać. To właśnie to szczęście, do którego dążymy i którego nie możemy odnaleźć – dziecięcy światopogląd.
Największą bolączką autorki są dorośli, którzy próbują „zepsuć” jej dzieci. Wpajają poglądy, cegiełka po cegiełce układają w małych główkach wysoki mur zasłaniający wszystkie inne punkty widzenia – tworzą kolejne szeregi egoistów, coraz więcej dorosłych. A przecież niczego bardziej nie potrzebujemy, niż pozostać dziećmi, dla których nie ma znaczenia wiek, płeć, kolor skóry ani stan zdrowia; dziećmi, dla których wszyscy jesteśmy – tak zwyczajnie i po prostu – ludźmi.
Na koniec chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na szatę graficzną „Krysi”. Z półki sklepowej przyciąga wzrok urocza okładka w stonowanych barwach. Na pierwszej literze tytułu (nakreślonego koślawym, dziecięcym pismem) stoi bohaterka – dziewczynka, para kaloszy, sukienka i burza loków. Taką Krysię poznajemy w książce – zbuntowaną, eksperymentującą, odkrywającą świat. Poznajemy szybko, bo nie dość, że pozycja jest niezmiernie wciągająca, to jeszcze duża czcionka i krótkie rozdziały pozwalają na połykanie kolejnych stron. No i, nie oszukujmy się, dołączona do książki zakładka z wypychaną kaczuszką podbije każde serce.
Każdy dorosły powinien przeczytać „Krysię”. Wciąż narzekamy na brak czasu na relaks, czasem nawet szukamy rad. Najczęściej dowiadujemy się w końcu, że najlepszym sposobem na odnalezienie szczęścia jest docenianie małych, na pozór nieistotnych rzeczy. Spójrzmy na dzieci – na takie Dzieci, którym nie zdążyliśmy jeszcze przekazać zwyczaju szukania problemów. Te Dzieci cieszą się z każdej gałki lodów, z każdego spaceru – ba, nawet z kałuży, w którą przypadkowo wdepną obutą w trampek stopą. Do tego powinniśmy dążyć, a ku celowi poprowadzi nas Krysia.
