Praktyka weterynaryjna to prawdziwa fabryka historii. Często właśnie w towarzystwie zwierząt bywamy najbardziej ludzcy. Niejeden facet o wyglądzie twardziela powiedział mi, że opłakiwał śmierć psa bardziej niż śmierć własnego ojca, a samotne starsze kobiety twierdziły, że przez długie lata nie śmiały się tyle, ile podczas zabawy z kociakiem.
Różne relacje łączą nas z naszymi zwierzakami. Jedni wyznaczają im konkretne miejsca w domu, podczas gdy inni śpią z pupilami w jednym łóżku, na jednej poduszce, a codziennie rano wymieniają całusy. Kociarze, psiarze, miłośnicy gryzoni i ptaków czy tacy, którzy decydują się tylko na rybki – wszyscy kochamy swoich podopiecznych.

Chyba każdy w pewnym momencie życia chciał zostać weterynarzem. Decyduje o tym miłość do zwierzaków, możliwość przebywania z nimi i głaskania ich od rana do wieczora. Potem jednak dowiadujemy się coraz więcej – a zniechęca nas głównie konieczność wykonywania eutanazji. Autor „Weterynarza z przypadku”, Philipp Schott, nie rozmyślił się jednak (może dlatego, że nie myślał na ten temat za wiele, jak sugeruje tytuł – w książce ta kwestia wyjaśnia się bardzo szybko). I nie żałuje. Pomimo wszelkich trudności związanych z pracą weterynarza, dostrzega, ile dobrego jest w stanie zrobić, nie tylko dla zwierząt, lecz także dla ich opiekunów.
Zauważa wiele ciekawych zależności – lub ich braku. Okazuje się, że osoby, których nie podejrzewalibyśmy o wrażliwość, w towarzystwie swych pupili zmieniają się całkowicie. Razem ze zwierzakami odnajdujemy swoją prawdziwą naturę. Można powiedzieć, że to właśnie one są naszą drugą połówką.

„Weterynarz z przypadku” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników zwierząt – nieważne, czy ich opiekunów, czy tych, którzy marzą o mniejszym (lub nie) przyjacielu, weterynarzy czy osób rozważających studia weterynaryjne. Otrzymujemy w niej solidną dawkę praktycznych porad i ciekawostek dotyczących opieki nad zwierzakami. Wszelkie wskazówki pochodzą ze sprawdzonego źródła – autor od wielu lat jest weterynarzem. Obala też mity związane między innymi ze szczepieniami, apeluje o profilaktykę poważnych chorób. Wszystko to okraszone jest świetnym, inteligentnym poczuciem humoru i licznymi anegdotami z życia Philippa Schotta.

Książka ta to dzieło doskonale wyważone nastrojowo. W jednej chwili chichoczemy, zakrywając z zakłopotaniem usta, kiedy parskniemy niepohamowanym śmiechem nad uchem nieznajomego w autobusie, by za kilka minut ocierać ukradkiem łzy smutku lub wzruszenia. Co najważniejsze, te ostatnie nie są wywołane przypadkami tragicznymi – najczęściej pojawiają się w odpowiedzi na sytuacje z dobrym zakończeniem, kiedy zwierzak zostaje uratowany lub przywołana jest piękna historia z jego życia.
„Weterynarz z przypadku” zapewni nam nastrojową huśtawkę – czasem będzie zabawnie, czasem przykro, w innym momencie złapiemy się za głowę, współczując opiekunowi sprzątania całego bałaganu. Ale nie martwi to nas za bardzo. Przecież zwierzaki zapewniają nam to na co dzień, prawda?

Książka została wypożyczona z Biblioteki Gdynia i przeczytana w ramach wyzwania czytelniczego WyPożyczone od Rudym Spojrzeniem.

