Jeśli ktoś kiedyś postanowi popełnić moją biografię, napisze zapewne, że dnia pewnego mój los nagle i niespodziewanie odmienił się na lepsze… Bzdura to jest moim zdaniem wierutna, bo, po pierwsze, tak naprawdę to nie ma żadnego losu, a, po drugie, nawet jak jest, to się sam z siebie nie odmienia. Ktoś go musi wziąć za łeb i z manowców, w które się uparcie ładował, wyprowadzić na prostą drogę.
Kim bylibyśmy, gdybyśmy od wieków nie pięli się wzwyż? Ciągle w górę, jeszcze krok, jeszcze stopień, jeszcze tylko piętro wyżej. Ogólnie pojęta ludzkość, jak i liczne jednostki, które nazywają siebie osobami spełnionymi, zaczynały od zera, dążąc do sukcesu, pokonując przeciwności losu i problemy, jakie stawały im na drodze podczas mozolnej wspinaczki.
„Piętro wyżej” Ludwika Lorena jest metaforycznym obrazem takiej właśnie wspinaczki głównego bohatera, młodego zegarmistrza z Pragi o imieniu Oskar Leibnitz (nie, nie z TYCH Leibnitzów, zwykła zbieżność nazwisk…). Uciekając przed nadchodzącą do Europy drugą wojną światową, w pogoni za lepszym życiem, dobrobytem i szacunkiem, dociera do wybrzeży Charletown – polarnego miasta marzeń. Jego idea oparta jest na istnieniu dziewięciu wieżowców. Nie są to jednak budynki, jakie znamy z miast mniejszych i większych. To ogromne, sześćdziesięciopiętrowe kolosy z własnym ekosystemem, niewymagające kontaktu z mroźnym otoczeniem, owoc geniuszu i wielkich ambicji. Każdy budynek to przekrój przez wszystkie warstwy społeczne, począwszy od najbiedniejszych zamieszkujących – oprócz slumsów – parter, po bogaczy posiadających całe piętra na wyłączność. Dwudziestotrzyletni zegarmistrz rozpoczyna swą podróż u podstaw. Ma jednak marzenie i sporą dozę determinacji. Chce dostać się na szczyt.
Początkowo jego plan zakłada mozolną wspinaczkę, pięcie się piętro po piętrze aż na sześćdziesiąte piętro. Rozpoczyna pracę u starszego kolegi po fachu, który okazuje się ekscentrycznym wynalazcą, skrywającym niejedną tajemnicę. To właśnie w jego warsztacie Leibnitz spotyka młodą Poe – piękną, acz niezależną dziewczynę. Właśnie tam wplątany zostanie w zamieszanie, które da mu jedyną i niepowtarzalną szansę.
Ludwik Loren przedstawia ciekawą w swej istocie koncepcję rewolucji społecznej. Buntu ludu tłamszonego, pragnącego godnego życia. Czerwonej fali, która powalić chce całą misterną konstrukcję, nie zważając na koszty, jakie przyjdzie za to zapłacić. Leibnitz dostrzega jednak w tym szaleństwie metodę na przedarcie się na szczyt. W ten sposób zostaje wciągnięty w wir zdarzeń tak emocjonujących, jak nieprzewidywalnych. Pozna niezwykłe osobistości, od których wiele się nauczy, które zafascynują nas swoimi cechami.
Całą historię autor przedstawia z punktu widzenia głównego bohatera. Posługuje się przy tym językiem gawędziarskim, co czyni lekturę bardzo przyjemną. Z inteligentnym poczuciem humoru opisuje intrygujące wydarzenia oraz zależności rządzące społeczeństwem. Dostrzega w ludzkich zachowaniach to, co zazwyczaj umyka nawet uważnym obserwatorom.
Tekst powieści obfituje w nawiązania do kultury i historii, często wywołujących uśmiech na twarzy. Znalazłam ich naprawdę wiele. Podejrzewam też, że sporo innych mi umknęło. Nawiązania te, wtrącane niby mimochodem, świadczą o dużej i wszechstronnej wiedzy autora. Sprawiają, że lektura „Piętra wyżej” jest – oprócz przyjemności – dobrym ćwiczeniem umysłowym.
„Piętro wyżej” Ludwika Lorena to powieść wartościowa, która może wiele wnieść do życia czytelnika. Zwraca uwagę na to, jak wpływa na nas pogoń za sukcesem. Skłania do zastanowienia się, czym jest determinacja i ambicja. A co najważniejsze, uczy, że żadna kwestia, nawet najbardziej utopijna, idealna wizja, nie jest jednoznaczna i na decyzje należy patrzeć z różnych punktów widzenia.
Ogromnie dziękuję wydawnictwu Waspos na egzemplarz tej wspaniałej książki i okazję do przeczytania jej.
