„Ruchomy Zamek Hauru” – Diana Wynne Jones

Zamek czarnoksiężnika Hauru toczył się w jej stronę po wrzosowisku, dudnił i podskakiwał. Czarny dym buchał kłębami znad czarnych blanków. Zamek był wysoki i wąski, ciężki i brzydki, i bardzo złowrogi. Sophie przyglądała mu się, oparta na lasce. Nie była wystraszona. Zastanawiała się, jak zamek się porusza. Głównie jednak rozmyślała o tym, że tyle dymu oznacza duży kominek gdzieś za tymi masywnymi czarnymi ścianami.

„Ruchomy Zamek Hauru” znam praktycznie od zawsze. Po raz pierwszy obejrzałam animowaną produkcję Studia Ghibli jako mała dziewczynka i od tamtej pory należy do moich ukochanych filmów. Jakiś czas temu zaczęłam rozglądać się za powieścią, na podstawie której powstała, ale okazało się, że zdobycie jej graniczy z niemożliwością. Możecie sobie wyobrazić, jak się cieszyłam, kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo Nowa Baśń planuje wznowienie książki.

Tym razem zacznę od okładki, bo to ona zwróciła moją uwagę jako pierwsza. Z początku do złudzenia przypominała plakat filmowy. Była zachwycająca. Potem plany uległy zmianie, prawdopodobnie ze względu na to właśnie podobieństwo. Nowa okładka równie dobrze oddaje klimat powieści. Może nawet lepiej, biorąc pod uwagę kwestie, które nie znalazły odzwierciedlenia w filmie.

Pierwszą z takich spraw jest charakter bohaterów. Zarówno Sophie i Hauru, jak i Michael oraz inni bohaterowie, którzy zostali umieszczeni w filmie, wydają się w nim mniej dynamiczni niż ich książkowe pierwowzory. W ekranizacji daje to efekt romantyzmu, lecz powieść zapewnia bardziej emocjonujące doznania. Wszystkie cechy bohaterów, które widzimy w filmie, w książce są zarysowane jeszcze wyraźniej. Tym sposobem oryginalna Sophie Kapeluszniczka okazuje się o wiele bardziej zadziorna i rezolutna, a Hauru – jeszcze bardziej marudny i skłonny do tworzenia dramatycznych sytuacji, a jednak, mimo swoich wad, uroczy.

Okazało się też, że film jest raczej inspirowany książką, niż stworzony na jej podstawie. Wydarzenia, a nawet postaci (nie tylko ich charakter, ale i skład) przedstawione w produkcji Studia Ghibli znacząco odbiegają od tych stworzonych przez Dianę Wynne Jones. Te dwa dzieła, choć tak różne od siebie, są jednak absolutnie doskonałe.

Co najpierw – książka czy film? Moim zdaniem na początku najlepiej obejrzeć film. Damy się porwać magicznej atmosferze, a w powieści odkryjemy tajemnice, których nie mogliśmy zobaczyć wcześniej. W takim przypadku książka będzie wspaniałym rozwinięciem animacji. Jeśli zdecydujemy się na odwrotną kolejność, możemy poczuć rozczarowanie ekranizacją. Nie da się ukryć, że jest ona zupełnie inna niż powieść, ale jak wszystko, za co zabiera się Studio Ghibli, nie może być mniej idealna.

Powieść o czarnoksiężniku Hauru i Sophie Kapeluszniczce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Od razu stała się też jedną z moich ulubionych książek. Na pewno wkrótce przeczytam ją ponownie. A potem jeszcze raz. I jeszcze. I nie wiem, czy kiedykolwiek mi się znudzi.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij