Zapowiedzi – październik 2020

Tegoroczny październik obfituje w niesamowite premiery. Ukaże się kilka komiksów, książek popularnonaukowych, ale nie zabraknie też powieści. Pojawi się nawet książka kucharska… Na co czekam najbardziej?

Doktor Strange – Tony Barber, Donny Cates, Dennis Hopeless
Wydawnictwo Egmont Polska
Powieść graficzna o słynnym magu z serii Marvel NOW! 2.0. Doktor Strange zostaje pozbawiony tytułu i siedziby, a sam znika bez wieści. Jego rolę przejmuje Loki, nordycki bóg kłamstw. Komiks może być świetną okazją do głębszego poznania postaci, która zwykle występuje w uniwersum Marvela jako czarny charakter. Jako fanka tak Doktora Strange’a, jak i Lokiego, czekam na niego z niecierpliwością.

Data premiery: 7 października 2020

Trasa promocyjna – Andi Watson
Wydawnictwo Marginesy
Kolejny październikowy komiks. Przedstawia historię G.H. Fretwella, pisarza, który odbywa właśnie trasę promocyjną swojej najnowszej książki. Niestety nic nie idzie po jego myśli, a w dodatku nęka go policja prowadząca śledztwo w sprawie śmierci kobiety. Ten kryminał w graficznym wydaniu zapowiada się naprawdę obiecująco. Odkąd wydawnictwo rozpoczęło swoją przygodę z komiksami, z ich drukarni wychodzą same perełki. Po tej książce nie spodziewam się niczego innego.

DATA PREMIERY: 7 PAŹDZIERNIKA 2020

Spojrzenie w otchłań – Anthony David
Społeczny Instytut Wydawniczy
Ludzki mózg to skomplikowana, niezbadana machina. Naukowcy zajmują się nim od lat, poznają kolejne jego zakamarki, a mimo to wiemy tak niewiele. W swojej książce Anthony David ujawni pewne tajemnice neuropsychiatrii. Zaprezentuje fascynujące i zagadkowe przykłady ludzkich zachowań. Uzasadni ich występowanie, wytłumaczy. Ta pozycja na pewno będzie wartościową lekturą dla zainteresowanych psychologią i psychiatrią.

DATA PREMIERY: 14 PAŹDZIERNIKA 2020

Historia świata na czterech łapach – Mackenzi Lee
Wydawnictwo Media Rodzina
To pozycja, na którą będą czekać wszyscy psiarze! Nasi pupile są z nami od wieków, dotrzymują towarzystwa, pomagają w pracy. Duże, małe, kudłate albo krótkowłose, długie lub krótkie – kochają bezinteresownie i za to je uwielbiamy. Dzięki książce Mackenzi Lee możemy lepiej poznać psią historię, dowiedzieć się, jakie znane postaci nie rozstawały się z psami, a jakie wręcz przeciwnie – unikały ich jak ognia.

DATA PREMIERY: 14 PAŹDZIERNIKA 2020

Bezgwiezdne morze – Erin Morgenstern
Wydawnictwo Świat Książki
Powieść fantasy o równoległym do naszego świecie. Opowiada historię Zacharego Ezry Rawlins, który poszukuje swojego miejsca na świecie. Pewnego dnia trafia na niezwykłą książkę. Na jej stronach odnajduje historię ze swojego życia. Bardzo ciekawi mnie ta pozycja, w której książka odgrywa tak dużą rolę.

DATA PREMIERY: 14 PAŹDZIERNIKA 2020

Szklany mag – Charlie N. Holmberg
Wydawnictwo Young
Kontynuacja „Papierowego maga”. Nie udało mi się jeszcze przeczytać pierwszego tomu, ale zamierzam to nadrobić do czasu premiery „Szklanego maga”. Myślę, że mi się spodoba, dlatego umieściłam drugą część w zapowiedziach. Poza tym, proszę, doceńmy jeszcze raz te przepiękne okładki!

DATA PREMIERY: 14 PAŹDZIERNIKA 2020

Szkoła bohaterek i bohaterów – Przemek Staroń
Wydawnictwo Agora
A to premiera, która mnie zaskoczyła i bardzo ucieszyła. To zbiór pytań i przemyśleń uczniów Przemka Staronia, z których powstał swego rodzaju przewodnik po nastoletnim życiu. Wydawca określa książkę jako „skrzyżowanie powieści przygodowej z poradnikiem i pamiętnikiem”. Jestem bardzo ciekawa tej formy, a jeszcze bardziej treści!

DATA PREMIERY: 14 PAŹDZIERNIKA 2020

Ostatni z pięciu skarbów – Joris Chamblain, Aurelie Neyret
Wydawnictwo Egmont Polska
To trzeci tom serii detektywistycznych komiksów dla dzieci. Nigdy wcześniej o nich nie słyszałam, ale zapowiadają się naprawdę świetnie! Ostatnimi czasy komiksy kryminalne są dość popularne, ale nie spotkałam się jeszcze z taką formą w literaturze dziecięcej. Jestem naprawdę ciekawa i z pewnością je przetestuję.

DATA PREMIERY: 14 PAŹDZIERNIKA 2020

Roślinna kuchnia regionalna – Paweł Ochman
Wydawnictwo Marginesy
A teraz coś zupełnie innego – książka kucharska. Weganon jest jednym z moich ulubionych blogerów kulinarnych. Potrawy z jego przepisów rozpływają się na języku i radują podniebienie. Co więcej, zdjęcia na blogu i instagramowym profilu zachwycają za każdym razem i sprawiają, że cieknie ślinka. Przeglądając pierwszą książkę, nie sposób przerwać marzeń na jawie. Kolejna na pewno dotrzyma jej kroku!

DATA PREMIERY: 14 PAŹDZIERNIKA 2020

Historia brudu – Katherine Ashenburg
Wydawnictwo Bellona
Wiedza na temat higieny (lub jej braku) w dawnych czasach często podawana jest jako ciekawostka, anegdotka. Tak naprawdę niewiele myślimy o tym, jak, jeśli w ogóle, myto zęby przed wynalezieniem szczoteczki, pasty, nici dentystycznej; jak często kąpano się, kiedy w domostwach nie było bieżącej wody, a kiedy już się pojawiła, czy oznaczało to nagłą zmianę podejścia do higieny osobistej? Odpowiedzi na takie pytania spodziewam się po tej książce.

DATA PREMIERY: 28 PAŹDZIERNIKA 2020

„Zaczytana i Bestia” – Ashley Poston

Bo, widzicie, moja mama uwielbiała książki, tata wciąż je uwielbia, a ja podobnie.

Tylko że za tymi słowami kryje się znacznie więcej niż tylko miłość do literatury. Uwielbiam to, jak ich grzbiety wyglądają razem na półce. Uwielbiam dotyk papieru, gdy przewracam strony. Uwielbiam opasłe tomy i cienkie broszury. Uwielbiam słowa i to, jak są ze sobą połączone, a przede wszystkim uwielbiam opowiadane przez nie historie. Uwielbiam w książkach to, że tak naprawdę są czymś więcej – są drzwiami.

Z początku obawiałam się sięgnąć po „Zaczytaną i Bestię”, a już na pewno zamierzałam z tym zaczekać do czasu, aż pojawi się w bibliotece miejskiej. Nie wytrzymałam, kiedy zobaczyłam cytat na jednym z bookstagramów (nie pamiętam, na którym, wybaczcie!). Chodzi mi o poniższy:

Dzwonek obwieszcza koniec lekcji, a ja zamykam z satysfakcją zeszyt i wciskam go do torby. Panna Rayna zaznacza miejsce, w którym skończyliśmy czytać Zmierzch Stephanie Meyer, po czym krzyczy, żebyśmy dokończyli w domu. Kilka osób jęczy po cichu, że musi czytać o błyszczących wampirach, ale nauczycielka szybko mówi:

– Jakby pierścień niewidzialności był bardziej prawdopodobny. A jutro spodziewajcie się sprawdzianu z różnic między Draculą a Zmierzchem!

Pomyślałam, że skoro takie rzeczy dzieją się w tej książce, to muszę ją przeczytać. Mało tego – muszę ją mieć! Od razu złożyłam zamówienie i kilka dni później „Zaczytana i Bestia” stała już na mojej półce. Niedługo oczywiście, bo szybko trafiła na stosik książek właśnie czytanych.

Powieść przedstawia życie dwojga bohaterów – Rosie Thorne i Vance’a Reignsa. On jest gwiazdą Hollywood – przystojnym, rozchwytywanym nastolatkiem znanym z roli słynnego antybohatera uniwersum Starfield, generała Sonda. Ona – zakręconą miłośniczką literatury i kultury popularnej, romantyczką, która nie potrafi zapomnieć o chłopaku, z którym spędziła wieczór na konwencie, który odbył się kilka miesięcy wcześniej. Idą zupełnie różnymi drogami, które nie mają szans, by się przeciąć… Czy na pewno? Kolejny wybryk Vance’a sprowadza na niego karę zesłania do małego miasteczka, w którym mieszka Rosie. Lawina pechowych zdarzeń sprawia, że zmuszeni są spędzić ze sobą więcej czasu.

Krótko mówiąc, jest to lekka powieść o prostej, schematycznej budowie. Nie zrozumcie mnie źle – niczego jej nie zarzucam. W najmniejszym stopniu nie czyni jej to złą książką. W swojej kategorii jest bardzo sympatyczną, dobrze napisaną historią. Nie brakuje jej niczego, wszystkie wątki są zakończone – i to w bardzo dobrym stylu.

To powieść dla wszystkich romantyków i marzycieli – osób takich jak Rosie, główna bohaterka. W jej przypadku spełnia się marzenie każdego bibliofila, możliwość przebywania w pięknej, bogatej bibliotece. To miejsce oczarowało mnie, między innymi dzięki niemu nie miałam ochoty odkładać książki, dopóki nie dotarłam do ostatniego słowa na ostatniej stronie. Oczywiście przyczynił się do tego także przeuroczy wątek romantyczny. Rozwija się on powoli od wzajemnej niechęci, przez rozkwitające uczucie, do pełnoprawnego związku.

W trakcie akcji możemy także obserwować przemianę bohaterów. Zabawne, że zachodzi ona u Rosie i Vance’a w dwie różne strony. Ona stopniowo nabiera odwagi i pewności siebie, on – pozbywa się arogancji i egoizmu, charakterystycznych dla maski, którą przyjął jeszcze w dzieciństwie. To pokazuje, Przemiana chłopaka była tak duża, że wraz z nią moje odczucia co do niego zmieniły się całkowicie. Przyznaję, na początku niespecjalnie go lubiłam. Irytował mnie i drażnił. W pewnym momencie jednak spodobał mi się. Podczas lektury konkretnego fragmentu pomyślałam „jednak lubię Vance’a” i tak już zostało.

Ogólnie rzecz biorąc, bohaterowie są zróżnicowani. Dość wyraźny jest także wątek LGBT+. Jednym z przyjaciół Rosie jest Quinn, osoba niebinarna. Wydaje mi się, że nieidentyfikowanie się z żadną płcią jest dość rzadko poruszane w literaturze. Cieszę się, że się to zmienia.

O serii książek Ashley Poston będących retellingami klasycznych baśni usłyszałam już dawno, jednak nigdy nie zainteresowałam się nimi na tyle, by po jakąś sięgnąć. „Zaczytana i Bestia” uświadomiła mi, że zdecydowanie zbyt rzadko sięgam po nowe literaturę młodzieżową. Po jej lekturze jestem pewna, że przeczytam także pozostałe pozycje autorki, jak i inne podobne do nich powieści.

„Obrońcy Ahury. Pasowanie” – Mateusz R.M. Rogalski

Trzymasz w rękach książkę będącą pierwszą polską książką fantasy opartą na sesjach RPG, które odbywały się w Legnickim Stowarzyszeniu Fantastyki „Gladius”.

Bohaterem wprowadzającym Cię do Księstwa Ahury jest Aris Esnaf’ar – prawie szlachcic, prawie zabity, prawie ożywiony, ale nadal z tą samą słabością do dam i wina! Towarzyszyć mu będą rycerki, smokowce, dworki i magowie, a wszystko to przy akompaniamencie wszędobylskiego rechotu żab, które przygrywają rozpoczynającej się wojnie domowej w Królestwie Górnego Hakonu.

„Obrońcy Ahury. Pasowanie” wciągnie Cię w świat, którego powstanie owiane jest mgłą tajemnicy, teraźniejszość przepływa niczym krople cierpkiego wina przez gardło portowego pijaczka, a przyszłość… przyszłość uzależniona jest od tego, na którym końcu miecza się ZNAJDUJESZ.

Chwała zwycięzcom! Niepamięć zwyciężonym!

opis z okładki

Zauważyliście pewnie, że zamiast zwyczajowego cytatu wstawiłam opis. Dlaczego? Wydaje mi się, że w ten sposób najlepiej oddam klimat powieści. „Obrońcy Ahury. Pasowanie” to literacki debiut Mateusza R.M. Rogalskiego. Książka powstała, jak mieliście okazję przeczytać wyżej, w oparciu o sesje RPG, które autor odbywał z przyjaciółmi.

Warto wspomnieć o fakcie, że egzemplarze, które trzymamy w dłoniach, powstały bez współpracy z żadnym wydawnictwem. Self-publishing wymaga ogromnego zaangażowania ze strony autora i osób, z którymi tworzy książkę. W przypadku „Obrońców Ahury” na szczególną uwagę zasługuje moim zdaniem ilustrator, Maciej „Dziarsky” Lebdowicz oraz Dominika Szewczyk, autorzy – kolejno – ilustracji i okładki. Po pierwsze – oprawa książki bardzo skutecznie przyciąga wzrok, świetnie oddając przy tym klimat powieści. Z barwami ciemniejszymi na brzegach, doskonale skupia uwagę na drużynie skupionej przy ognisku. Ilustracje wewnątrz powieści są z kolei o wiele bardziej konkretne, czarno-białe, pozbawione zbędnych ozdobników. Dzięki temu urozmaicają lekturę, nie odciągając przy tym uwagi od tekstu. Jednym słowem – wydanie na medal!

Powieść przesiąknięta jest pasją autora. Język jest prosty, zdania krótkie. Wynika to zapewne z faktu, że główny bohater prowadzący narrację jest rycerzem, człowiekiem walczącym, a więc nieurozmaicającym języka poetyckimi wstawkami. Podczas lektury odnosiłam wrażenie, że autor utożsamia się ze swoim bohaterem. Jeśli mam być szczera, bardzo dawno nie miałam takiego poczucia podczas czytania. Sądziłam, że jest to raczej sytuacja niepożądana. Nie miałam pojęcia, ile wnosi ona do odbioru tekstu!

Każdy szczegół powieści jest dopracowany. Każda postać ma własną historię, styl i osobowość. Na początku ich ilość nieco mnie przytłoczyła, przez co trudno było mi przebrnąć przez pierwszy rozdział. Na szczęście z tyłu książki znajduje się obszerny słownik postaci, w którym możemy sprawdzić każdego bohatera, który wyskoczy nam niespodziewanie pod nogi, twierdząc, że owszem, już się pojawił i powinniśmy go znać.

Jestem też pod wrażeniem opisów. Pisząc je, autor stworzył swego rodzaju mapy, które przenosimy do swojej głowy z każdym pochłanianym słowem. Po zapoznaniu się z opisem pomieszczenia możemy zatrzymać się i rozejrzeć dookoła, by obejrzeć je z najmniejszymi szczegółami. W każdym wyrazie, w każdej literze widzimy zaangażowanie uczestników sesji RPG w tworzenie przedstawianego świata.

Jedyną rzeczą, do której mogłabym się przyczepić, jest przedstawienie kobiet w niektórych momentach powieści. Nie mam na myśli tego, że ich typy pojawiające się w powieści wahają się od silnych kobiet posiadających władzę do… no cóż, rozchichotanych dwórek. Chodzi mi raczej o przedstawienie Shu, rycerki, a właściwie o jeden malutki fragmencik, który wydał mi się dość nieprawdopodobny. Mianowicie o reakcję kobiety na niezbyt subtelną aluzję do związania się jej z jednym z bohaterów, kiedy ta „spąsowiała na twarzy”. Choć to byłaby reakcja jak najbardziej naturalna, nie wydaje mi się, że kobieta spędzająca tak wiele czasu w otoczeniu mężczyzn pozwalała sobie na tego typu reakcje w tak błahych kwestiach.

Podsumowując, „Obrońcy Ahury. Pasowanie” to książka doskonała dla fanów fantastyki i RPG. Naprawdę warto ją przeczytać, jeśli lubicie takie klimaty. Ja na pewno do niej wrócę. Poza tym – żaden ze mnie znawca, ale w grę na jej podstawie mogłabym grać 😉

Na koniec ogromnie dziękuję Agnieszce oraz autorowi Mateuszowi Rogalskiemu za egzemplarz „Obrońców Ahury”. Zajrzyjcie koniecznie na ich konta na Instagramie!

„Ruchomy Zamek Hauru” – Diana Wynne Jones

Zamek czarnoksiężnika Hauru toczył się w jej stronę po wrzosowisku, dudnił i podskakiwał. Czarny dym buchał kłębami znad czarnych blanków. Zamek był wysoki i wąski, ciężki i brzydki, i bardzo złowrogi. Sophie przyglądała mu się, oparta na lasce. Nie była wystraszona. Zastanawiała się, jak zamek się porusza. Głównie jednak rozmyślała o tym, że tyle dymu oznacza duży kominek gdzieś za tymi masywnymi czarnymi ścianami.

„Ruchomy Zamek Hauru” znam praktycznie od zawsze. Po raz pierwszy obejrzałam animowaną produkcję Studia Ghibli jako mała dziewczynka i od tamtej pory należy do moich ukochanych filmów. Jakiś czas temu zaczęłam rozglądać się za powieścią, na podstawie której powstała, ale okazało się, że zdobycie jej graniczy z niemożliwością. Możecie sobie wyobrazić, jak się cieszyłam, kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo Nowa Baśń planuje wznowienie książki.

Tym razem zacznę od okładki, bo to ona zwróciła moją uwagę jako pierwsza. Z początku do złudzenia przypominała plakat filmowy. Była zachwycająca. Potem plany uległy zmianie, prawdopodobnie ze względu na to właśnie podobieństwo. Nowa okładka równie dobrze oddaje klimat powieści. Może nawet lepiej, biorąc pod uwagę kwestie, które nie znalazły odzwierciedlenia w filmie.

Pierwszą z takich spraw jest charakter bohaterów. Zarówno Sophie i Hauru, jak i Michael oraz inni bohaterowie, którzy zostali umieszczeni w filmie, wydają się w nim mniej dynamiczni niż ich książkowe pierwowzory. W ekranizacji daje to efekt romantyzmu, lecz powieść zapewnia bardziej emocjonujące doznania. Wszystkie cechy bohaterów, które widzimy w filmie, w książce są zarysowane jeszcze wyraźniej. Tym sposobem oryginalna Sophie Kapeluszniczka okazuje się o wiele bardziej zadziorna i rezolutna, a Hauru – jeszcze bardziej marudny i skłonny do tworzenia dramatycznych sytuacji, a jednak, mimo swoich wad, uroczy.

Okazało się też, że film jest raczej inspirowany książką, niż stworzony na jej podstawie. Wydarzenia, a nawet postaci (nie tylko ich charakter, ale i skład) przedstawione w produkcji Studia Ghibli znacząco odbiegają od tych stworzonych przez Dianę Wynne Jones. Te dwa dzieła, choć tak różne od siebie, są jednak absolutnie doskonałe.

Co najpierw – książka czy film? Moim zdaniem na początku najlepiej obejrzeć film. Damy się porwać magicznej atmosferze, a w powieści odkryjemy tajemnice, których nie mogliśmy zobaczyć wcześniej. W takim przypadku książka będzie wspaniałym rozwinięciem animacji. Jeśli zdecydujemy się na odwrotną kolejność, możemy poczuć rozczarowanie ekranizacją. Nie da się ukryć, że jest ona zupełnie inna niż powieść, ale jak wszystko, za co zabiera się Studio Ghibli, nie może być mniej idealna.

Powieść o czarnoksiężniku Hauru i Sophie Kapeluszniczce bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Od razu stała się też jedną z moich ulubionych książek. Na pewno wkrótce przeczytam ją ponownie. A potem jeszcze raz. I jeszcze. I nie wiem, czy kiedykolwiek mi się znudzi.

„Podziemia” – Robert Macfarlane

Po raz kolejny uświadamiam sobie, z jaką mocą podziemia opierają się zwyczajnym formom postrzegania. Choć żyjemy w czasach całkowitej jawności i skrajnego nadzoru, one wciąż tyle przed nami skrywają. Zaledwie kilka cali gleby potrafi zawierać zadziwiające tajemnice, przechowywać zdumiewający ładunek (…).

Lektura „Podziemi” to moje pierwsze spotkanie z twórczością Roberta Macfarlane’a. Choć zazwyczaj rzadko zabieram się za tytuły popularnonaukowe, ten od razu wzbudził ciekawość. Dlaczego? Może przyciągnęła mnie okładka? Albo obszar zainteresowania autora – tak bliski, a równocześnie tak daleki?

Bez względu na to, dlaczego postanowiłam wysłać zgłoszenie na nabór recenzentów, była to dobra decyzja. „Podziemia” to zachwycająca książka. Robert Macfarlane odkrywa świat kryjący się pod tym, który znamy, podróżując, spotykając osoby, które tym fascynującym światem żyją. Przekazuje czytelnikowi zdobytą wiedzę z zapałem i pasją, wciągając go coraz głębiej i głębiej. Z niezwykłą wrażliwością opisuje to, co widzi, czego jest świadkiem.

Na szczególną uwagę zasługuje język, jakim autor okrasił swoje opowieści. Proste słowa składają się na proste zdania, a te tworzą wspaniałe opisy, małe literackie arcydzieła. To właśnie one, do spółki z tajemniczymi, klimatycznymi zdjęciami, grają na uczuciach czytelnika. Niekiedy budzą wzruszenie lub fascynację, kiedy indziej grozę lub smutek. Czytając „Podziemia”, musimy zanurzyć się w potoku słów i dać mu się porwać, pozwolić autorowi oprowadzić się po mrocznym świecie sekretów Ziemii.

Duży wpływ na komfort czytania ma forma książki. Została stworzona w sposób przypominający przewodnik. Składa się z trzech części – komór. Odwiedzamy w nich kolejno Wielką Brytanię, Europę i Północ. Pierwsza komora rozpoczyna się Zejściem, z kolei ostatnia zakończona jest Wyjściem. Razem tworzą spójny obraz wędrówki po świecie, jakiego nie znamy i którego istnienia często nie jesteśmy świadomi. Wycieczki takiej nie zapewni nam żadne biuro turystyczne, a by ją odbyć, nie musimy nawet wychodzić z domu.

„Podziemia” to nie encyklopedia czy podręcznik. Robert Macfarlane nie podaje tylko suchych faktów. Książka zawiera uczucia – autora, jego przyjaciół i nowo poznanych osób. Inspiruje do zastanowienia się nad czasem – nie tylko nad tym, co jest teraz, ale też nad tym, co było i co może być. Zwraca uwagę na istotne problemy współczesnego świata i także pod tym kątem warto spojrzeć na tę książkę. Dwa cytaty dotyczące tej kwestii szczególnie mnie zachwyciły i chciałabym się z Wami nimi podzielić.

Philip Larkin powiedział kiedyś, że pozostanie po nas tylko miłość. Nieprawda. Pozostanie po nas plastik, świńskie kości i ołów 207, stabilny izotop będący produktem rozpadu radioaktywnego uranu 235.

Przemawia do mnie tylko jeden z tych neologizmów: „samotność gatunku”, ponieważ mówi o niezwykłym osamotnieniu, jakie szykujemy dla siebie, odzierając Ziemię z innych form życia, z którymi ją zamieszkujemy.

Pisząc tę recenzję, nieustannie myślę o zachwycie, jaki wzbudziły we mnie „Podziemia”. Jestem pewna, że nigdy nie będę miała okazji odwiedzić większości – lub nawet żadnego – z przedstawionych miejsc. Niezwykła wrażliwość autora pozwoliła mi jednak zobaczyć je tak, jakbym była tam razem z nim, czuła i przeżywała to samo. Z tym właśnie kojarzy mi się ta pozycja i wspomnienie jej lektury – z uczuciem całkowitego pochłonięcia przez przedstawiony świat, który, choć istnieje tak blisko, pozostaje nieosiągalny.

Co pozostanie mi po „Podziemiach”? Świadomość, że widzę zaledwie ułamek tego, co istnieje. Każda studzienka, każdy – choćby najwęższy – tunel czy korytarz w dużym mieście, wywoływać będzie ciekawość, co kryje się pod gwarnymi ulicami. Chęć zajrzenia w każdą szparę podczas górskich wycieczek będzie nieunikniona, a zwiedzając jaskinie, będę zdawać sobie sprawę, jak mały wycinek podziemi mam przed oczami.

Egzemplarz „Podziemi” otrzymałam od Wydawnictwa Poznańskiego. Ogromnie dziękuję za możliwość poznania tego zachwycającego świata.

„Gdzie noc skrzy się lodem” – Lisa Lueddecke

Nie mogłam, nie chciałam pozwolić sobie na myślenie o zbliżającej się śmierci. Majaczyła w otaczających mnie cieniach, usiłowała kłapać zębiskami przy moich uszach. Odpychałam ją od siebie, powtarzając w myślach opowieści, które słyszałam jako dziecko, bajki, które opowiadali rodzice, żeby pomóc dzieciom zasnąć. To przypomniało mi, że świat jest większy niż nasza mała wioska, niż wyspa, gdzie byliśmy więźniami nieba.

„Gdzie noc skrzy się lodem” to druga powieść autorki książki „Gdzie niebo mieni się czerwienią”, osadzona w tym samym świecie. Magiczne tytuły, prawda? To samo tyczy się treści.

Mroźna kraina ogrzewana jedynie pojedynczymi ogniskami i ludzką serdecznością zamienia się w prawdziwą lodową pustynię, kiedy na niebie pojawia się czerwona łuna zwiastująca zarazę. Mieszkańcy wioski, w której żyje Janna, zaczynają spoglądać na siebie podejrzliwie, wypatrując pierwszych oznak choroby. Przyjaciele oddalają się od siebie, matki łypią nieufnie na swoje dzieci. Życiem kieruje jedynie instynkt przetrwania. Pewnego dnia Janna, od zawsze uważana za odszczepieńca, zostaje wygnana z wioski. Musi poradzić sobie z zimą, wiszącą w powietrzu zarazą i własnymi demonami. Wyrusza w podróż, by zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.

Wędrówka Janny jest tak dosłowna, jak metaforyczna. W ciszy śnieżnego lądu wraca do niej wszystko, co stłumiła w przeszłości, odsuwając od siebie. Powieść w dużej mierze opiera się na emocjach bohaterki i jej myślach. Akcja rozgrywa się po części w jej wnętrzu. Obserwujemy przemianę Janny, postępy, które robi podczas podróży. W miarę rozwoju akcji dowiadujemy się coraz więcej o jej historii, stopniowo zapełniają się białe plamy na mapie życia bohaterki. Zakończenie jest zaskakujące i, choć tragiczne, zachwyca. Podobnie jak pierwsza książka Lisy Lueddecke, także i ta nie pozostawiła niedosytu.

„Gdzie noc skrzy się lodem” to powieść dopracowana, świetnie obmyślona, a w dodatku pięknie wydana. Błyszcząca mroźnym blaskiem okładka od razu przyciąga spojrzenie. Błękitne promienie zbiegające się przy tytule i nazwisku autorki doskonale oddają klimat opowieści. Kompozycji dopełnia zarys lasu u dołu okładki.

Pierwszą powieść Lisy Lueddecke dostałam w prezencie od siostry. Zakochałam się w przedstawionym świecie, kiedy tylko ukazała się ta powieść, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Co prawda udało mi się to dopiero niedawno, jednak jestem równie zachwycona, jak pierwszą częścią, a w dodatku kompletnie zaskoczona zakończeniem.

„Maryla z Zielonego Wzgórza” – Sarah McCoy

Włosy miała w nieładzie. Puszczone luźno loki opadały na ramiona. Wstążka, która przytrzymywała warkocz, zsunęła się dawno temu, ale Maryli nie chciało się poprawiać fryzury. Jakie to miało znaczenie dla Szelmy i kłębków włóczki?

„Maryla z Zielonego Wzgórza” to szczególna powieść. Stanowi pewnego rodzaju prequel serii „Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Historia Maryli nie została przywołana w większych szczegółach. Sarah McCoy zwróciła uwagę na tajemniczą wymianę zdań w pierwszym tomie cyklu:

– Jaki przystojny chłopak się z niego zrobił – powiedziała z zamyśleniu Maryla. – W ubiegłą niedzielę widziałam go w kościele i wydał mi się taki wysoki, tak bardzo zmężniał. Jest niezwykle podobny do swojego ojca, gdy tamten był w jego wieku. Jan Blythe był miłym chłopakiem. Stanowiliśmy parę dobrych przyjaciół. Ludzie mówili, że to mój narzeczony.

Ania popatrzyła na Marylę z zainteresowaniem.

– Och, Marylo, co się stało? Dlaczego…

Tak oto Lucy Maud Montgomery zasiała w swojej przyszłej następczyni ziarno ciekawości. Ziarno to zaczęło kiełkować i zaowocowało piękną powieścią o dzieciństwie i dorastaniu bohaterki, którą znamy jako stateczną starszą panią. Czy faktycznie taka była? Według autorki – niekoniecznie. W powieści poznajemy charakter Maryli, która, choć rozsądna i spokojna, potrafiła wykazać się też zadziornością, a niekiedy zaskakującą impulsywnością. Dowiadujemy się, co ukształtowało jej przyszłe postawy, jak doświadczenia dzieciństwa wpłynęły na całokształt jej życia.

Razem z Marylą wyruszamy w niejaką podróż po dojrzewaniu. Bohaterka zdobywa przyjaciół, rozwija się i kształci. Pomimo ówczesnych obyczajów autorka pozwoliła sobie umieścić w powieści elementy wczesnego feminizmu. Maryla wypowiada się stanowczo na tematy, które jej dotyczą. Nie jest bezwolną lalką, a dziewczyną – a później kobietą – z wyrazistym charakterem, co jest jedną z jej największych zalet.

Istotnym wątkiem powieści jest relacja bohaterki z Johnem Blythem, późniejszym ojcem znanego z cyklu o Ani Gilberta Blythe’a. W „Ani z Zielonego Wzgórza” dowiadujemy się, że Marylę i Johna nazywano narzeczonymi. Dlaczego? „Marylo, co się stało?” – możemy sparafrazować pytanie rudowłosej dziewczynki. Dlaczego Maryla zostaje starą panną? Czy odrzuciła miłość? Co mogło się wydarzyć?

Atmosferę powieści mogę określić jednym słowem – lato. Z tym właśnie kojarzy mi się historia Maryli. Książka wypełniona jest sielskim nastrojem, spokojem wsi. Kiedy w Avonlea panuje zima, mamy ochotę ciasno otulić się kocem, włożyć kapcie i sączyć rozgrzewającą herbatę. Z kolei po przyjściu lata możemy niemal poczuć zapach traw, usłyszeć muzykę, zobaczyć tańce i zabawy.

Ogromnym podziwem napawa mnie rozeznanie wykonane przez autorkę i zaangażowanie w losy Maryli i innych mieszkańców Avonlea. Nie poprzestała na analizie twórczości Lucy Maud Montgomery. Odwiedziła Wyspę Świętego Edwarda, na której mieszkała słynna pisarka i na której umieściła Zielone Wzgórze. Poznała życie tamtejszej społeczności. Pamiętajcie, by nie pomijać posłowia, w którym Sarah McCoy przekazuje szczegóły na temat swoich badań.

„Maryla z Zielonego Wzgórza” to powieść idealna na najbliższy czas. Historia młodej kobiety, przeżywającej pierwsze przyjaźnie, miłość, rozterki, przepełnia pozytywnymi odczuciami – ciepłem, spokojem, beztroską.

„Płacz” – Marta Kisiel

Głosy.

Natarczywe, zduszone, pospieszne, chór głosów nie z tego świata, ich śpiew, ich jęk, ich płacz, ich szloch, a pośród nich znajomy szept, szept wzbierający niczym wody przypływu, ciemne i lodowate jak sama śmierć.

Na „Płacz” czekałam – jak na każdą zapowiedzianą pozycję Marty Kisiel – w niecierpliwym podekscytowaniu. Zamówiłam książkę zaraz po premierze i przeczytałam, jak tylko dostałam przesyłkę. Nie muszę chyba wspominać, że się nie zawiodłam.

Wyjątkowo zacznę od okładki, bo to ona przykuwa wzrok jako pierwsza. Ilustracja wykonana została przez Tomasza Majewskiego, któremu zawdzięczamy także okładki „Toni”, zbioru opowiadań „Pierwsze Słowo” oraz nowego wydania „Nomen omen”. Jej magnetyczne piękno nabiera dodatkowej głębi w miarę poznawania bohaterów i akcji. Okładka nie tylko wspaniale prezentuje się na półce, ale też doskonale oddaje nastrój akcji.

Nastrój ten jest z kolei perfekcyjnie zbudowany. Sprawia, że całkowicie toniemy w świecie, w którym wszystko jest możliwe i nic nie jest pewne. Seria utrzymana jest w atmosferze tajemnicy, skąpana w mroku historii. Opisy – nieprzytłaczające, a jednak pełne – pozwalają czytelnikowi zobaczyć zarówno to, co jest, jak i to, co było. Mistrzowska narracja tak doskonale przedstawia bohaterów, ich motywy i pragnienia, że razem z nimi śmiejemy się, wzruszamy, złościmy i płaczemy.

„Płacz” nie jest bynajmniej powieścią przygnębiającą czy smętną. Wbrew pozorom, w większości momentów prowokuje do śmiechu, do jakiego zmusić potrafi bardzo niewielu autorów. To śmiech szczery, głośny, przerywany sporadycznymi (bardziej lub mniej) chrumknięciami. Śmiech, od którego specjalistką jest Marta Kisiel. Jej humor jest inteligentny, wypełniony zabawnymi zbiegami okoliczności, a jeśli trzeba, ociekający ironią.

Jeśli chodzi o szczegóły – akcja „Płaczu” odbywa się – w przeciwieństwie do „Toni” – nie tylko we Wrocławiu. Wydarzenia przenoszą się do Gór Sowich. Nie wiedziałam wcześniej o istnieniu takiego miejsca, a tym bardziej nie zdawałam sobie sprawy z historii, która się z nim wiąże. Marta Kisiel przedstawia ją czytelnikom, genialnie łącząc ją ze światem, który stworzyła. Fabuła nie odbiega niczym od standardu autorki – jest wciągająca, ciekawa i doskonale dopracowana.

„Płacz” to historia o czasie; czasie, który zmienia ludzi, Czasie, który nie zawsze leczy rany, a czasem wręcz rozdziera je bezlitośnie. To kolejna książka Marty Kisiel, która zaskoczyła mnie, choć w zasadzie się tego spodziewałam. Jest świetnie dopracowana w każdym calu – począwszy od pracy wykonanej przez autorkę, a skończywszy na okładce i opracowaniu przez wydawnictwo.

„Piętro Wyżej” – Ludwik Loren

Jeśli ktoś kiedyś postanowi popełnić moją biografię, napisze zapewne, że dnia pewnego mój los nagle i niespodziewanie odmienił się na lepsze… Bzdura to jest moim zdaniem wierutna, bo, po pierwsze, tak naprawdę to nie ma żadnego losu, a, po drugie, nawet jak jest, to się sam z siebie nie odmienia. Ktoś go musi wziąć za łeb i z manowców, w które się uparcie ładował, wyprowadzić na prostą drogę.

Kim bylibyśmy, gdybyśmy od wieków nie pięli się wzwyż? Ciągle w górę, jeszcze krok, jeszcze stopień, jeszcze tylko piętro wyżej. Ogólnie pojęta ludzkość, jak i liczne jednostki, które nazywają siebie osobami spełnionymi, zaczynały od zera, dążąc do sukcesu, pokonując przeciwności losu i problemy, jakie stawały im na drodze podczas mozolnej wspinaczki.

„Piętro wyżej” Ludwika Lorena jest metaforycznym obrazem takiej właśnie wspinaczki głównego bohatera, młodego zegarmistrza z Pragi o imieniu Oskar Leibnitz (nie, nie z TYCH Leibnitzów, zwykła zbieżność nazwisk…). Uciekając przed nadchodzącą do Europy drugą wojną światową, w pogoni za lepszym życiem, dobrobytem i szacunkiem, dociera do wybrzeży Charletown – polarnego miasta marzeń. Jego idea oparta jest na istnieniu dziewięciu wieżowców. Nie są to jednak budynki, jakie znamy z miast mniejszych i większych. To ogromne, sześćdziesięciopiętrowe kolosy z własnym ekosystemem, niewymagające kontaktu z mroźnym otoczeniem, owoc geniuszu i wielkich ambicji. Każdy budynek to przekrój przez wszystkie warstwy społeczne, począwszy od najbiedniejszych zamieszkujących – oprócz slumsów – parter, po bogaczy posiadających całe piętra na wyłączność. Dwudziestotrzyletni zegarmistrz rozpoczyna swą podróż u podstaw. Ma jednak marzenie i sporą dozę determinacji. Chce dostać się na szczyt.

Początkowo jego plan zakłada mozolną wspinaczkę, pięcie się piętro po piętrze aż na sześćdziesiąte piętro. Rozpoczyna pracę u starszego kolegi po fachu, który okazuje się ekscentrycznym wynalazcą, skrywającym niejedną tajemnicę. To właśnie w jego warsztacie Leibnitz spotyka młodą Poe – piękną, acz niezależną dziewczynę. Właśnie tam wplątany zostanie w zamieszanie, które da mu jedyną i niepowtarzalną szansę.

Ludwik Loren przedstawia ciekawą w swej istocie koncepcję rewolucji społecznej. Buntu ludu tłamszonego, pragnącego godnego życia. Czerwonej fali, która powalić chce całą misterną konstrukcję, nie zważając na koszty, jakie przyjdzie za to zapłacić. Leibnitz dostrzega jednak w tym szaleństwie metodę na przedarcie się na szczyt. W ten sposób zostaje wciągnięty w wir zdarzeń tak emocjonujących, jak nieprzewidywalnych. Pozna niezwykłe osobistości, od których wiele się nauczy, które zafascynują nas swoimi cechami.

Całą historię autor przedstawia z punktu widzenia głównego bohatera. Posługuje się przy tym językiem gawędziarskim, co czyni lekturę bardzo przyjemną. Z inteligentnym poczuciem humoru opisuje intrygujące wydarzenia oraz zależności rządzące społeczeństwem. Dostrzega w ludzkich zachowaniach to, co zazwyczaj umyka nawet uważnym obserwatorom.

Tekst powieści obfituje w nawiązania do kultury i historii, często wywołujących uśmiech na twarzy. Znalazłam ich naprawdę wiele. Podejrzewam też, że sporo innych mi umknęło. Nawiązania te, wtrącane niby mimochodem, świadczą o dużej i wszechstronnej wiedzy autora. Sprawiają, że lektura „Piętra wyżej” jest – oprócz przyjemności – dobrym ćwiczeniem umysłowym.

„Piętro wyżej” Ludwika Lorena to powieść wartościowa, która może wiele wnieść do życia czytelnika. Zwraca uwagę na to, jak wpływa na nas pogoń za sukcesem. Skłania do zastanowienia się, czym jest determinacja i ambicja. A co najważniejsze, uczy, że żadna kwestia, nawet najbardziej utopijna, idealna wizja, nie jest jednoznaczna i na decyzje należy patrzeć z różnych punktów widzenia.

Ogromnie dziękuję wydawnictwu Waspos na egzemplarz tej wspaniałej książki i okazję do przeczytania jej.

„Miłość” – Hélène Delforge, Quentin Gréban

Jak mogą śpiewać,
że nie ma na świecie miłości prawdziwej?
Przecież jesteś.

Czym jest miłość? Możemy o to zapytać każdego. Każdy odpowie inaczej. I każdy odpowie prawidłowo. W słowniku zawarte są trzy definicje miłości. Czy na tym kończy się jej znaczenie? Skądże znowu. Miłość jest tym, co czujemy, patrząc na ukochaną osobę. Istnieje miłość matczyna, ojcowska, siostrzana, braterska… Jest oczywiście także i ta romantyczna, która tak nas fascynuje nie tylko w życiu, ale i w powieściach, w filmach.

Autorzy „Miłości” przedstawiają różne oblicza tej tajemniczej sfery ludzkiego życia. W towarzystwie przepięknych ilustracji czytamy wiersze (choć nie tylko – pojawia się też list) na temat namiętności, wierności, rodzicielskiej czułości. To krótkie, wzruszające utwory autorstwa Hélène Delforge. Skłaniają do refleksji nad tym, czym jest miłość dla nas. Uświadamiają, ile znaczy przebywanie z ukochaną osobą – ile można z jej odejściem stracić. „Miłość” to nie tylko historie młodych, zakochanych par. To także uczucia łączące małżeństwa z różnym stażem. To oczekiwanie matki na narodziny dziecka. Rozterki ojca, którego córka rozpoczyna samodzielne życie. To wreszcie rozpacz osób, które na zawsze utraciły drugą połowę. Każdy tekst, czy długi, czy krótki, zawiera inny przekaz, poruszając przy tym do głębi.

Teksty dopełniane są przez ilustracje wykonane przez Quentina Grébana. Delikatna kreska i perfekcyjnie zestrojony koncert barw niosą ze sobą szczęście, smutek, strach lub spokój. Na każdej stronie czeka nas coś innego, coś nieoczekiwanego. Często obrazy są nieoczywiste, choć nawiązujące do tekstu. Ich hipnotyzujące piękno sprawia, że możemy wpatrywać się w nie godzinami, wodzić palcem po twarzach i sylwetkach namalowanych bohaterów.

Na szczególne uznanie zasługują Magdalena i Jarosław Mikołajewscy, tłumacze, którzy podjęli się przełożenia utworów z języka francuskiego. To dzięki nim możemy rozkoszować się każdym słowem „Miłości”. Dziękuję.

„Miłość” to nie powieść. A jednak te krótkie teksty potrafią wzruszać, bawić, smucić. Mówią o miłości i o życiu, którego jest ona nieodłączną częścią, tak wiele, że nie potrzeba ani słówka więcej. To pozycja, którą warto mieć na półce, po prostu dlatego, by zajrzeć do niej od czasu do czasu. By przypomnieć sobie, co jest naprawdę ważne.

“Love” – Hélène Delforge, Quentin Gréban

What is love? We can ask anyone. And every answer would be different. And every one would be adequate. There are at least three definitions of love in the dictionary. Is this where it all ends? Absolutely not. Love is what we feel while being with the beloved person. There can be motherly love, fatherly love, sisterly or brotherly one… Of course there is the romantic love, which fascinates us not only in real life, but also in novels or films.

“Love” authors show different faces of this mysterious part of people’s lives. What we can find there short poems about passion, loyalty, parental sensibility, accompanied by beautiful illustrations. These are short, moving texts written by Hélène Delforge. They make the reader think about what love is for them. They explain, how important it is to spend time with beloved people – and how much we can lose when they leave us. “Love” is not only about young couples. It’s about feelings of differently aged marriages. About a mother awaiting her child’s birth. A father with a daughter starting her own life. At last, it’s about the despair of people, who lost their other half. Every text, either long or short, includes different moral and moves the reader deeply.

The texts are complemented by illustrations by Quentin Gréban. Soft paintings and perfectly tuned concert of colours bring happiness, sadness, fear or calm. On every page there is something else awaiting us. The paintings are often not obvious, though referring to the texts. Their hypnotising beauty makes us look at them for hours, leading the finger down the faces and the figures.

“Love” ist no novel. However these short texts can touch, amuse or grieve us. They speak of love and live, which are inextricably bonded. They tell so much, that’s nothing more left to say. This book is really worth buying and keeping on the shelf. Then, we can take it from time to time and page it through – simply to remember, what is important.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij