„Spider-Man. Wiecznie młody” – Stefan Petrucha

English version below

Omiótł wzrokiem ciche budynki, ulice i chodniki rozjaśnione światłem latarni, ale nic się tam nie działo. Zwykle mógł liczyć na to, że usłyszy „Zniszczę cię” z ust jakiegoś nadętego bandziora lub „O rany, to Spider-Man” wypowiadane przez chuligana, któremu na jego widok zaparło dech, i będzie miał na czym skupić swój gadatliwy umysł.

Prawdopodobnie każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu kojarzy postać Spider-Mana, przyjaznego superbohatera z uniwersum Marvela. Część zna każdy szczegół jego losów, inni namiętnie zaczytują się w komiksach, a jeszcze kolejni pamiętają każdą scenę wybranej ekranizacji (lub wszystkich).

Ja znajduję się gdzieś pośrodku wszystkich tych grup. Nic więc dziwnego, że kiedy zobaczyłam zapowiedź powieści o Spider-Manie, natychmiast postanowiłam ją kupić. Z jakiegoś powodu jednak tego nie zrobiłam, a jakiś czas później zapomniałam o jej istnieniu. W końcu nabrałam ogromnej ochoty na przeczytanie tej konkretnej książki, a ochota ta była tak nieodparta, że z powodzeniem można określić ją jako podstawową potrzebę (uczucie to zna każdy książkoholik). Wtedy przypadek skierował mnie na instagramowe rozdanie na profilu PopQlturka. Dzięki temu udało mi się wygrać nie tylko „Spider-Mana”, ale także kilka świetnych komiksowych gadżetów.

Po przeczytaniu powieści muszę przyznać, że jestem zaskoczona nastrojem, w jakim jest ona utrzymana. Przyzwyczajona do najnowszych ekranizacji komiksu, spodziewałam się lekkiej, beztroskiej książki o przygodach „przyjaznego Spider-Mana z sąsiedztwa”. Tymczasem autor okazał się koncentrować na problemach bohatera, którego sytuacja życiowa pod wieloma względami była w trakcie akcji daleka od ideału. Musiał on wykazać się wyjątkową dojrzałością mimo wszystkich leżących mu na drodze przeszkód.

Oczywiście nie zabrakło klasycznego humoru pajęczego bohatera. Żarty, zabawne gry słów padały przy każdym starciu Spider-Mana ze złoczyńcami, nadając im niepowtarzalnego charakteru. To cecha wyróżniająca go spośród innych bohaterów. Każdy fan Marvela wie, że nie rezygnuje on z ironicznych komentarzy w pozostałych komiksach, po prostu żarty Spider-Mana są w pewien sposób wyjątkowe. I to jest to, co sprawia, że go kochamy.

Powieść „Wiecznie młody” nie jest jednak humorystyczną historyjką, za którą można by ją uznać. Autor dużo uwagi poświęca problemom Petera Parkera. Zmaga się on z trudnościami finansowymi. Ledwo radzi sobie z wypełnianiem obowiązków obu swoich tożsamości, a tajemnice związane z istnieniem Spider-Mana powodują powstawanie ciągłych nieporozumień z przyjaciółmi. Nie pomagają także wrogowie i intryga, wiążąca się z nowym nabytkiem uczelni Petera, legendarną tabliczką, która rzekomo może zapewnić nieśmiertelność.

Czy Spider-Man podoła stojącym przed nim wyzwaniom? Czy powstrzyma złoczyńców przed zdobyciem absolutnej władzy nad miastem? Powieść Stefana Petruchy, oprócz doskonałej rozrywki, zapewni czytelnikowi dreszcz emocji, ale też zabawi uroczymi żartami. Niezależnie od tego, czy jesteś fanem Spider-Mana, czy pierwszy raz o nim słyszysz – „Wiecznie młody” jest bardzo dobrą, lekką i przyjemną lekturą, po którą warto sięgnąć.

„Spider-Man. Forever Young” – Stefan Petrucha

Everyone probably knows Spider-Man, a friendly Marvel superhero. Some know every detail of his life, others passionately read the comics, the rest remember all the scenes in one of the films (or in all of them).

Personally, I am somewhere in the middle. Naturally, when I saw an announcement about the „Spider-Man. Forever Young” premiere, I immediately started to desire it. However, for some reason I haven’t bought it and – after some time – I forgot about the book. Then I felt a sudden need to read it. I wanted it so badly I could not resist. Then, by coincidence, I found PopQlturka profile on Instagram with the „Forever Young” giveaway! Thanks to it, I won not only the book, but also a few great gadgets.

After reading the novel I must admit I’m suprised by the atmosphere of the action. I got used to the latest adaptations of the comics, which are my favorite ones, so I expected some nice, humorous story about the „friendly neighbourhood Spider-Man”. Meanwhile, the author focused on the dark side of character’s life. What hit me hard is how mature Peter turned out to be, dealing with all the problems too big to handle.

Of course the humor of the character is not missing. Jokes, funny wordplays followed every fight of the Spider-Man and his enemies. That’s what gives them feistiness and singles the hero out from the others. Marvel offers a variety of jokes and puns in other stories, but Spider-Man’s ones are unique in their on way.

However, „Forever Young” is not a humorous story, as it could be thought of. Author pays much attention to Peter Parker’s problems. He has financial and social difficulties. He barely manages to fulfill all of both Spider-Man’s and Peter’s duties and the existence of the first one is an endless cause of misunderstandings with friends. What is more, the new jewel of Peter’s university keeps enticing Spider-Man’s enemies.

Will Peter meet all the challenges he has to face? Will he succeed to stop the criminals from gaining absolute power over the city? Stefan Petrucha’s novel provides a thrill of emotion, but also entertains with adorable jokes. No matter if you are a big Spider-Man fan or have never heard about him before – „Forever Young” is a great, pleasant book worth reading.

„Krótka historia o długiej miłości” – Angelika Kuźniak & Ewelina Karpacz-Oboładze

Doskonale zapamiętała tę chwilę. Jak gdyby wszystko ważne zdarzyło się tylko wtedy.

Była sobota, grudzień czterdziestego siódmego roku.

W ścianę sąsiedniej celi zastukali przed północą. Cicho, cichuteńko.

O „Krótkiej historii…” wspominałam w walentynkowym artykule w kontekście najpiękniejszych historii miłosnych w literaturze. Prawdopodobnie zauważyliście, że wyparła takie słynne historie, jak – między innymi – „Romeo i Julia” Williama Shakespeare’a. Muszę przy tym zaznaczyć, że dramat ten jest jednym z moich ulubionych utworów literackich. Co takiego jest w książce Angeliki Kuźniak, że tak mnie zachwyciła? Historia. Krótka – jak mówi tytuł – ale jakże piękna.

Wszystko wydarzyło się po drugiej wojnie światowej. Do więzienia trafia dwóch więźniów politycznych – Wiesława Pajdak i Jerzy Śmiechowski. Uwięzieni w sąsiadujących celach, całe dnie spędzali na rozmowie, porozumiewając się alfabetem Morse’a. Od świtu do zmierzchu wsłuchiwali się w stuknięcia dobiegające zza ściany, coraz wyraźniej widząc, że nie połączył ich jedynie ślepy traf. Przeznaczona im była miłość – a ta była prawdziwa, szczera i niepowtarzalna. Kiedy przeniesiono ich do innych cel, a nawet innych więzień, nie tracili nadziei – kontaktowali się ze sobą listownie, korzystając z pomocy ojca Jurka. Byli dla siebie wsparciem w najtrudniejszych momentach życia, jednak równie mocno kochali się, kiedy wszystko było dobrze. Wiedzieli, ile warte jest ich uczucie, jak wielkie jest cierpienie, kiedy brakuje ukochanej osoby.

Należy zwrócić uwagę na tragiczną sytuację młodych ludzi, których życie zostało wywrócone do góry nogami. Podczas wojny wybrali służbę ojczyźnie, za co po jej zakończeniu zostali ukarani. Lata studenckie, które powinni przeznaczyć na edukację, spędzili w więzieniu, marznąc w celach. To tam uczyli się, tam Jurek pisał pracę dyplomową. Cały ich świat został brutalnie zamknięty w czterech chłodnych ścianach. Nie otrzymali szansy na zabawę, na romanse lub podróże. Wszystko, co mieli, wydarli z okrutnych rąk losu. Walczyli jednak dalej, mając przed oczami wizję lepszej przyszłości.

Ważną i zasłużoną w tej historii postacią jest ojciec Jurka, który nie tylko sprzyjał miłości młodych, ale wspierał ich na każdym kroku. Pośredniczył w korespondencji, kiedy do każdego z nich mógł trafić tylko jeden list. Pocieszał, kiedy więźniom brakowało już sił. Dopytywał, czego potrzebują, przesyłał ciepłe ubrania. Przyjął Wiesię pod swoje skrzydła, pokochał i troszczył się o nią jak o własną córkę.

Choć historia Małej i Ju (jak nazywali siebie Wiesia i Jurek) jest naprawdę długa, autorki ujęły ją nadzwyczaj zwięźle. Niewiele jest rozdziałów, w których doświadczymy standardowej narracji. W większości książka składa się z listów między więźniami. Dzięki temu zagłębiamy się całkowicie w świat uczuć młodych ludzi, którzy z niecierpliwością wypatrują dnia, w którym po raz pierwszy ujrzą swoje twarze i będą mogli żyć długo i szczęśliwie. Razem z nimi doświadczamy radości i smutku, cierpienia i ulgi, troski o najbliższych. „Krótka historia o długiej miłości” to opowieść pełna wzruszeń i nadziei, która przepełnia młodą parę.

Historia opowiedziana przez Angelikę Kuźniak i Ewelinę Karpacz-Oboładze nie przedstawia jedynie miłości, która pokonuje wszelkie przeszkody. Ukazuje problemy, z jakimi borykały się po wojnie osoby, które poświęciły się walce o wolność ojczyzny. To pozycja, którą powinien znać każdy Polak, bez względu na to, czy większą uwagę zwraca na akcenty romantyczne, czy patriotyczne.

Kobiety o kobietach, czyli jak postrzegamy siebie

Wiele obecnie mówi się o feminizmie i silnych, niezależnych kobietach. Po wielu stuleciach znamy swoją wartość i wiemy, że należy nam się szacunek. Do ukształtowania tych poglądów posłużyło wiele narzędzi, jednak niewiele z nich można porównać z siłą literatury.

Wejdźmy do przypadkowej księgarni i rozejrzyjmy się. Zobaczymy wiele tytułów o motywacji, poczuciu własnej wartości. Wiele z nich skierowanych jest do dzieci, a przede wszystkim do dziewczynek. Zewsząd otrzymują komunikaty – uwierz w siebie! Możesz być, kim chcesz! Jednymi z czołowych książek o tej tematyce są dwie części „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” autorstwa Eleny Favilli i Francesci Cavallo. Zapewne nie raz widzieliśmy nie tylko same okładki i doskonałe recenzje tych pozycji, ale też różne formy reklamy. Mam wrażenie, że oprócz zamierzonego efektu wydawca osiągnął także inny, przypadkowy (choć może wcale nie) efekt. Dojrzałe kobiety, do których książki te nie były skierowane, z pewnością także chętnie do nich zajrzały. A nawet jeśli się o to nie pokusiły, powiedzcie mi szczerze – czy nie czujecie ukłucia dumy, widząc, jak szerzy się idea feminizmu i wizerunek silnej kobiety sukcesu?

Wzrastającą małą kobietę prezentuje nam też Michalina Grzesiak w książce o swojej córeczce, Krysi. Zwraca uwagę na to, w jaki sposób rozwija się dziewczynka, jeśli nie narzucamy mu określonych norm i pozwalamy odkrywać świat we własnym tempie. Zdecydować, czy chce być księżniczką, chłopczycą, a może jeszcze kimś innym. Możemy w ten sposób sprawdzić, jakie kwestie są najważniejsze dla dobrego, wrażliwego człowieka, jakim jest każde dziecko. Wychowane w ten sposób dzieci wyrastają na osoby pewne siebie i swoich poglądów, zdecydowane i szczęśliwe. A my? My możemy tylko się od nich uczyć.

Żeby jednak dotrzeć do obecnego momentu, kobiety musiały przebyć długą drogę i stoczyć niezliczone boje o swą niezależność. Na początku nie posiadałyśmy żadnych praw, a nasza rola ograniczała się do sprzątania, gotowania i zajmowania się dziećmi. Sytuacja zaczęła powoli się zmieniać w XIX wieku. Ówczesna literatura doskonale odzwierciedla narodziny myśli feministycznej. Do moich ulubionych historii należą „Dziwne losy Jane Eyre” autorstwa Charlotte Brontë oraz „Duma i uprzedzenie” Jane Austen. Pierwsza pozycja może nie wydawać się oczywista – bohaterka służy w domu bogatego mężczyzny i jest od niego zależna. Solidne wykształcenie daje jej jednak możliwość pewnego wyboru oraz zabezpieczenie finansowe. Siły dowodzą też jej słynne słowa:

Ponieważ jestem biedna, nieznana, nieładna i mała, myśli pan, że i duszy we mnie nie ma ani serca? O, jak się pan myli! Mam duszę jak i pan, i takież serce! A gdyby mi Bóg był dał nieco urody i wielkie bogactwa, postarałabym się, aby panu było równie ciężko odejść ode mnie, jak mnie jest ciężko odejść od pana. Nie zwracam się teraz do pana tak, jak nakazuje zwyczaj czy konwenans światowy, nawet nie jak człowiek do człowieka, ale jak wolny duch do wolnego ducha, jak gdybyśmy, przeszedłszy przez śmierć i przez grób, stali przed Bogiem równi, bo i równi przecież jesteśmy!*

Z pozoru może się wydawać, że w porównaniu do „Dziwnych losów Jane Eyre” historia Elizabeth Bennett jest zwyczajną powieścią obyczajową. Nic dziwnego, w końcu były to ciągle czasy, kiedy kobieta warta była tylko tyle, ile wynosił jej posag. Należy jednak zwrócić uwagę na charakter głównej bohaterki i jej podejście do zamążpójścia. Mimo, że nie stanowiła cennej zdobyczy dla mężczyzny, wiedziała, że znaczy coś więcej niż garść monet. Ceniła swoją wiedzę, inteligencję i rozwagę. To z kolei sprawiło, że bez względu na wszystkie przeciwności pokochał ją Darcy. Elizabeth nie uważała go jednak za właściwego męża, przez co z początku odrzuciła jego awanse. Zdawała sobie doskonale sprawę z korzyści wynikających ze związku z tak bogatym mężczyzną. Wybrała jednak własne dobro i właśnie to dowodzi jej siły.

Kształtowanie praw kobiet kształtowało się jeszcze wiele lat. Kiedy już wydawało się, że jest dobrze, na pierwszy plan wysunęły się inne problemy i uprzedzenia. Sytuację ciemnoskórych kobiet zmagających się z dyskryminacją możemy poznać w słynnej powieści Kathryn Stockett zatytułowanej „Służące”. Zazwyczaj traktujemy rasizm jako część historii, nie zagłębiając się w cierpienie, jakie wywoływał i nadal wywołuje. Autorka tej powieści zanurza się całkowicie w odczucia kobiet służących w domach bogaczy. Kobiet, które zaniedbywały swoje dzieci, by wychować cudze. Które w zamian otrzymywały jedynie pogardę. Które postrzegane były jak brudne, ohydne stworzenia bez uczuć. Które pragnęły jedynie godnego życia i szacunku.

Niedawno ukazała się powieść Caroline Lea, prezentująca życie mieszkańców małych islandzkich wiosek w XVII wieku. Akcja toczy się na chwilę przed oficjalnym ukuciem idei feminizmu i prawdopodobnie na wiele lat przed tym, jak dotarła ona na prezentowane tereny. Główna bohaterka jest jednak kobietą rozważną, inteligentną i – jak na swoje czasy – niezwykle wykształconą. Dzięki naukom ojca ma wiedzę oraz narzędzia, by spełniać swoje marzenia i pisać sagi. Wszystko zmienia się jednak, gdy przyjmuje oświadczyny przywódcy odległej wioski. Kieruje nią miłość do matki i rozsądek. Oprócz tego Rósa przedstawiona jest jako kobieta zaradna i silna. „Kobieta ze szkła” ukazuje także kobietę jako niezastąpioną część codziennego życia. Zdegradowanie bohaterki do roli pomocy domowej jest co prawda całkowicie pozbawione feministycznego akcentu, jednak należy zwrócić uwagę na inny aspekt powieści – wytrwałość Rósy w dążeniu do celu, jej pasję oraz skrywaną pod płaszczem uległości siłę i niezależność.

A dziś? Dziś możemy być, kim chcemy. Naukowcem, lekarzem, podróżnikiem, archeologiem, mamą. Nawet wszystkim na raz, jeśli tego właśnie pragniemy. Możemy pozwolić sobie na to, o czym marzyły nasze poprzedniczki – na kierowanie się pasją. I czerpiemy z tego pełnymi garściami. Wystarczy zajrzeć na takie profile, jak Entuzjastki czy Kosmos dla Dziewczynek. Osiągamy sukcesy we wszystkich dziedzinach. Wystarczy wymienić kilka postaci – Jane Goodall, Simona Kossak, Michelle Obama, Beyonce, Hope Jahren, Urszula Zajączkowska, nie zapominając o wkraczających na scenę kobiecego świata dziewczynkach, jak Greta Thunberg. O nich i o setkach innych kobiet powstaje wiele biografii, autobiografii i powieści, które inspirują inne kobiety, by podążać za swoją pasją i osiągać sukcesy w tym, co naprawdę kochamy.

Dla wielu kobiet najważniejszą rolą w życiu jest rola matki. Mogę tu powrócić do Michaliny Grzesiak, której książka emanuje miłością do dzieci. Chciałabym jednak przywołać postać znaną często wyłącznie ze swoich osiągnięć naukowych, a mianowicie Marię Skłodowską-Curie. Niewiele osób wie, że miała ona dwie córki – Ewę i Irenę. W książce „Maria Skłodowska-Curie i jej córki” Shelley Emling przedstawia skomplikowaną momentami relację polskiej Noblistki z dziećmi. Wskazuje na problemy matki związane ze sławą i rozgłosem, trudności z oddzieleniem życia publicznego i rodzinnego. Uświadamia, jak trudno było uczonej połączyć karierę z rolą matki. Równocześnie z książki bije pewność, że dla Skłodowskiej-Curie nic nie było ważniejsze od córek.

Każda z nas jest postacią wielowymiarową. Rozwój kariery lub sława nie wyklucza szczęścia w rodzinie, a wychowanie dzieci nie każe rezygnować z dalszego rozwoju. Jesteśmy ważne i wartościowe. Zasługujemy na realizację pasji i spełnienie marzeń.

Recenzje wymienionych książek:
1. Michalina Grzesiak – „Krysia. Mała książka wielkich spraw”
2. Caroline Lea – „Kobieta ze szkła”
3. Urszula Zajączkowska – „Patyki, badyle”

*Cytat pochodzi z powieści „Dziwne losy Jane Eyre” autorstwa Charlotte Brontë.

„4 filary zdrowego życia” – dr Rangan Chatterjee

Ta książka daje ci do ręki prosty, możliwy do realizacji plan działania, który także koncentruje się nie na symptomach, lecz źródłach problemu. Chcę wyjść poza sztampowe porady, modne diety i zestawy ćwiczeń obiecujące błyskawicznie postawić nas na nogi. Za bardzo skomplikowaliśmy temat zdrowia. Ja chcę go uprościć.

Kiedy zobaczyłam ogłoszenie wydawnictwa Otwartego na temat „4 filarów”, od razu pomyślałam, że to pozycja dla mnie. Zgłosiłam się, mając nadzieję na praktyczny, przejrzysty poradnik mówiący, jak wprowadzić zdrowe nawyki do codziennego życia, w którym mamy tak niewiele czasu dla siebie.

Nie zawiodłam się w tej kwestii – mimo to mój entuzjazm nieco opadł, kiedy zaczęłam przeglądać książkę. Wydawało się, że to po prostu kolejna pozycja przedstawiająca idealną sytuację, w której możemy kłaść się do łóżka o dziewiątej wieczorem i wstawać o ósmej rano. Trochę rozczarowana, zaczęłam czytać.

Już we wstępie okazało się, że pozory mylą. W dalszym ciągu nie byłam w stanie przestrzegać wszystkich zaleceń doktora Chatterjee, jednak wcale nie musiałam. Autor poradnika przedstawia czytelnikom cztery sfery stylu życia, nad którymi należy pracować, chcąc żyć zdrowo i dobrze się czuć. Nazywa je filarami. Każdy z nich posiada pięć elementów. Co najważniejsze, nie jest konieczne wprowadzenie do swojego życia każdego z nich – może to być jeden, dwa lub trzy. Najważniejsza jest równowaga.

Jeśli chodzi o filary, doktor Chatterjee nie skupia się przede wszystkim na żywieniu i aktywności fizycznej, których restrykcyjna postać często zniechęca do zdrowego życia. Za równe im pod względem ważności uznaje też relaks i sen, których przede wszystkim brakuje współczesnym ludziom. Ale po kolei…

Po pierwsze – relaks. Żyjąc w ciągłym biegu, nie potrafimy często znaleźć chwili dla siebie. Przez to rośnie nasz poziom stresu – autor porównuje to do sytuacji, w której bezustannie bylibyśmy atakowani przez niedźwiedzia. Tak rozumie to nasz organizm. Naszym zadaniem jest zapewnić mu choć chwilę wytchnienia od walki lub ucieczki. Doktor Chatterjee wskazuje także elementy, których wykluczenie lub wprowadzenie może pomóc nam się odprężyć.

Po drugie – dieta. Większość z nas zna pewne zasady dotyczące zdrowego żywienia. Równocześnie nie wiemy jednak, jak je wprowadzić lub boimy się, że nieodwracalnie utracimy dostęp do ukochanych smaków. Dzięki sposobom doktora Chatterjee możemy odżywiać i czuć się lepiej, nie tracąc na tym. Co najważniejsze, autor nie narzuca czytelnikowi żadnej konkretnej diety, a jedynie podsuwa pomysły na urozmaicenie obecnej.

Po trzecie – ruch. Filar, który wydawał mi się najbardziej przytłaczający. Po części z ciekawości, po części z poczucia obowiązku – przeczytałam także ten rozdział. Okazało się, że i tu poglądy autora są bardzo przystępne. Nie jest on „człowiekiem siłowni”, który spędza kilka godzin tygodniowo, uprawiając sport. Chodzi na siłownię – to prawda – ale spędza tam zaledwie dwadzieścia minut, fundując sobie porcję intensywnego wysiłku fizycznego. Poleca też ćwiczenia, które można wykonywać „przy okazji”. Ponadto porusza problem, który dotyka sporej części społeczeństwa, a z którego nie zdajemy sobie zazwyczaj sprawy. Okazuje się, że wiele problemów z bólem pleców wynika z osłabienia mięśni nóg, brzucha i pośladków. Pomimo sceptycyzmu, z jakim podchodziłam do tego rozdziału, wydał mi się on naprawdę ciekawy i naprawdę zachęcił mnie do ruchu* – a to prawdziwa sztuka!

Po czwarte – sen. Kolejna często pomijana kwestia. Ciągła praca lub nauka nie pozwalają nam wypocząć. Wpadamy przez to w błędne koło, ponieważ to właśnie ich potrzebujemy, by pewnego dnia móc ułożyć sobie dzień według własnych zasad. Nie zdajemy sobie sprawy, że wtedy może już być na to za późno. Z pomocą przychodzi doktor Chatterjee z pięcioma prostymi poradami, które pozwolą poprawić jakość snu. Zwraca przy tym jednak uwagę na to, by starać się słuchać swojego organizmu i pozwalać mu decydować zawsze wtedy, kiedy tylko mamy taką możliwość.

„4 filary zdrowego życia” to wyjątkowy poradnik. Nie każe nam w jednej chwili obrócić swojego stylu życia o 180 stopni. Proponuje proste sposoby, których stopniowe wprowadzanie może pomóc nam w walce z wieloma dolegliwościami i problemami natury zarówno cielesnej, jak duchowej. To pozycja, która małymi kroczkami i po kryjomu może przeprowadzić rewolucję naszego życia!

Dziękuję wydawnictwu Otwartemu za egzemplarz „4 filarów”. Książka ta wniosła do mojego życia kilka naprawdę pozytywnych zmian.

*Ruchu – nie sportu!

10 najpiękniejszych historii miłosnych

Każdy z nas od czasu do czasu lubi powzdychać nad pięknymi historiami miłosnymi, szczególnie tymi z literatury. Możemy spierać się nad ich zasadnością i racjonalnością, ale jedno jest pewne – życie byłoby bez nich smutniejsze.

„Duma i Uprzedzenie” Jane Austen
Mój absolutny faworyt. Historia niezamożnej, energicznej Elizabeth i bogatego, dumnego pana Darcy’ego wciąga od pierwszej strony. Momentami zastanawiamy się, co właściwie czuje do siebie tych dwoje ludzi, z których jedno jest jak ogień, drugie zaś jak lód. Ta klasyczna powieść to doskonała lektura na Dzień Zakochanych.

„Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Brontë
Jedna z mroczniejszych historii miłosnych. Opowiada o losie młodej kobiety, zatrudnionej w roli guwernantki w posiadłości tajemniczego mężczyzny, Edwarda Rochestera. Prezentuje miłość ponad podziałami i rolę, jaką chce i powinna spełniać kobieta. Wskazuje jednak także na wiążącą siłę związku, który pozostawia na nas znamię, którego nie zmyjemy nigdy.

„Julia” Anne Frontier
„Julia” to książka mało znana i bardzo niedoceniana. Po reinterpretacji szekspirowskiego dramatu można by się spodziewać tragicznego romansu, jednak autorka pokazuje czytelnikom inną wersję wydarzeń. Równolegle do historii ze średniowiecznej Sieny prowadzona jest akcja współczesna – Julia Jacobs, Amerykanka, przybywa do Włoch, by odkryć tajemnicę klucza, który otrzymała w spadku. Spodziewa się fortuny, jednak niespodziewanie odkrywa opowieść sprzed wieków. Wątek miłosny jest niepewny do ostatniej strony, dzięki czemu nie nudzi się, a powieść posiada niepowtarzalny nastrój.

„V jak Vendetta” – Alan Moore (komiks)
Wątek miłosny z komiksu Alana Moore’a może wydać się nieco pokręcony, trochę dziwny, wręcz nienormalny. Z początku, kiedy V ratuje Eve, porywa ją. Choć zapewnia jej wszelkie wygody, dziewczyna nie może opuścić kwatery mężczyzny, który szanuje ją i dba, by niczego jej nie brakowało, jednak nigdy nie pokazuje twarzy. Mimo wszystko z jakiegoś powodu Eve ufa mu, a z czasem rozkwita w niej uczucie do zamaskowanego dobroczyńcy, walczącego równocześnie o wolność społeczeństwa. To tragiczna, wzruszająca historia o poświęceniu i wsparciu.

Saga o Thorgalu – Grzegorz Rosiński
Thorgal Aegirsson jako mały chłopiec trafia do wioski Wikingów. Nikt nie wie, skąd naprawdę pochodzi, przez co wiele osób nie ufa mu w pełni. Aaricii obce są takie uprzedzenia. Dorastając ramię w ramię z Thorgalem, zna go jak samą siebie. Z upływem lat oboje dorośleją i zakochują się w sobie, biorą ślub, zakładają rodzinę. Ilustracje Grzegorza Rosińskiego doskonale oddają charakter komiksów, sprawiając, że czytelnik nie jest w stanie oderwać się od czytania.

„Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z ziemniaczanych obierek” – Mary Ann Shaffer, Annie Barrows
Rok 1946. Juliet Ashton, londyńska pisarka, właśnie zyskuje rozgłos dzięki humorystycznym wojennym opowiadaniom. Zaczyna doskwierać jej wypalenie pisarskie, kiedy pewnego dnia otrzymuje list od mężczyzny z Guernsey, małej brytyjskiej wysepki, informujący o znalezieniu książki należącej do Juliet. Adresat prosi także o podanie adresu londyńskiej księgarni, która mogłaby posiadać inne pozycje Charlesa Lamba. Tak rozpoczyna się korespondencja Juliet i Dawseya, która doprowadzi do rozwinięcia silnego uczucia o solidnych podstawach.

Saga o braciach Benedictach – Joss Stirling
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o twórczości Joss Stirling. Są to typowo młodzieżowe powieści, romanse paranormalne. Seria rozpoczyna się tomem „Kim jesteś, Sky?”, w którym zakochałam się od pierwszego wejrzenia i bezpowrotnie. To urocze, dość schematyczne historie, które zawsze dobrze się kończą. Miłość w nich jest niewinna i szczera. Powieści opowiadają o sawantach – osobach o nadzwyczajnych talentach, z których każda ma swojego przeznaczonego, innego sawanta urodzonego w podobnym czasie, którego moce dopełnią jej życie. Pomysł ten jest bardzo oryginalny – nie słyszałam nigdy o książce, w której występowałaby taka rzeczywistość.

„Zmierzch” – Stephanie Meyer
Tyle się złego mówi o „Zmierzchu”. Wytyka mu się brak polotu (delikatnie mówiąc), schematyczność. Mało tego, ludzi czytających tę powieść utożsamia się z najmniej rozwiniętym typem czytelnika. Ale wiecie co? Ja lubię „Zmierzch”. Nawet bardzo. To prawda, że jest schematyczny, a legenda, jaka narosła wokół niego, sprawiła, że na samą myśl o tej książce wielu osobom robi się niedobrze. Myślę jednak, że to dość krzywdzące dla czytelniczek i czytelników o naprawdę dobrym guście, którym spodobała się ta historia. Bo o historię tu właśnie chodzi, prawda? To romans paranormalny, a takie rzadko są arcydziełami pod względem technicznym. W Walentynki możemy więc odłożyć na bok uprzedzenia i sięgnąć po lekką powieść romantyczną z wampirem w tle. A jeśli nie chcemy, to dajmy innym nacieszyć się nastoletnią miłością ze „Zmierzchu”.

„Krótka historia o długiej miłości” – Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze
Miłość Małej i Ju to prawdziwe uczucie, które zrodziło się w najgorszym momencie, by pomóc im przetrwać. Bohaterowie poznają się w więzieniu po drugiej wojnie światowej – oboje są przetrzymywani jako więźniowie polityczni. Porozumiewają się alfabetem morsa, szukając potem innych rozwiązań. Po jakimś czasie znają jedynie dźwięk swoich głosów – wygląd wciąż jest tajemnicą. Nie przeszkadza im to jednak. Spędzając całe dnie na wystukiwaniu wiadomości, poznają się i zakochują w sobie. Choć przyjdzie im spędzić całą młodość w niewoli, Ju oświadcza się ukochanej. Władze przenoszą ich w różne miejsca. Stale utrzymują kontakt – z czasem zaczyna pomagać im w tym ojciec Ju. Ta prawdziwa historia pokazuje, co naprawdę liczy się w miłości i co pozwala jej przetrwać długie lata.

„Kto ratuje jedno życie…” – Jerzy Bielecki
O tej książce dowiedziałam się z „Głosu przeszłości” Zbigniewa Zborowskiego. Jest to historia prawdziwa, która wydarzyła się podczas drugiej wojny światowej. Autor, Jerzy Bielecki, jako niespełna dwudziestolatek dostał się do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Tam poznał Cylę, w której zakochał się bez pamięci. Po czterech długich latach spędzonych w niewoli w brawurowy sposób ucieka, zabierając ze sobą ukochaną. Los rozdziela ich potem na 39 lata, by pewnego dnia przywołać niesamowite wspomnienia.
Niestety nie miałam jeszcze okazji przeczytać tej książki, a historię znam jedynie z reportaży. Bardzo trudno mi ją zdobyć (dlatego też nie zamieściłam zdjęcia), ponieważ nie dysponują nią trójmiejskie biblioteki. Na pewno będę dalej szukać – nie pozostawię tak pięknej opowieści nieprzeczytanej.

Asparagus

Stanowisko: światło rozproszone lub półcień
Wilgotność: umiarkowana
Podlewanie: nie przelewać

Asparagus jest grzeczną rośliną. Nie jest złośliwy, wiele zniesie. Jeśli zapomnimy go podlać, najprawdopodobniej uschnie mu kilka listków lub gałązek. Możemy je wtedy wyciąć, a po podlaniu będą zastępowane kolejnymi.

Rośnie bardzo szybko. Pędy wyginają się w długie łuki, tworząc efektowny busz. Bardzo dobrze wygląda na półce lub w powietrzu, skąd gałązki mogą opadać. Przypomina wtedy soczyście zieloną chmurkę. Nie bez powodu był tak popularny w czasach PRL-u. Teraz powraca i – wraz z monsterami, scindapsusami i innymi roślinami tamtych czasów – zdobi modne, stylowe wnętrza.

Ciekawą cechą asparagusa, która mnie zaskoczyła, jest jego bryła korzeniowa. Kiedy wyjęłam roślinę z doniczki rozsadowej, w której została sprzedana, moim oczom ukazał się taki widok:

Powiem szczerze – na początku przestraszyłam się myśląc, że to jakiś plastikowy wypełniacz doniczki (wiele się naczytałam na temat roślinnych praktyk stosowanych przez supermarkety). W tajemniczych kulkach dopatrzyłam się jednak małych bulw – to tłumaczy niezwykłą wytrzymałość tej na pozór kruchej roślinki.

Źródła:
„Cudowna moc roślin” Fran Bailey

„Kobieta ze szkła” – Caroline Lea

Kiedy burza cichnie, najgłośniej huczą fale.

„Kobieta ze szkła” przyciąga wzrok z daleka. To jedna z książek, które szybko bierzemy w dłoń, by sprawdzić, jaka fabuła może się kryć za tak zjawiskową okładką i tajemniczym tytułem.

Krok po kroku odkrywamy więc historię Rósy, młodej mieszkanki małej islandzkiej osady. Nie ma braci, a po śmierci ojca mieszka tylko z matką. Z dnia na dzień coraz bardziej doskwiera im głód i ubóstwo. Rósa zmuszona jest przyjąć ofertę zamążpójścia od zamożnego przywódcy odległej wioski, która ma przytłoczyć ją swoimi tajemnicami, które czają się na każdym kroku.

Po przybyciu do nowego gospodarstwa bohaterka, kobieta wykształcona i ambitna, zdegradowana zostaje do poziomu pomocy domowej. Mąż wymaga od niej utrzymywania domu w idealnym porządku, gotowania posiłków i dostarczania ich na czas. Zabrania jej przy tym wstępu do części domu oraz kontaktów z mieszkańcami wioski. Znając plotki dotyczące tajemniczego zniknięcia poprzedniej żony Jóna, Rósa zaczyna podejrzewać najgorsze. Powoli pogrąża się w otchłani własnego umysłu i jego wytworów, nie odróżniając już jawy od snu.

Caroline Lea tworzy złożone, skomplikowane postacie, ukazując wpływ wydarzeń z przeszłości na ich charaktery. Są to figury dynamiczne i realistyczne. Nigdy nie wiemy, czego się po nich spodziewać, stale nas zaskakują.Trudno odgadnąć kierujące nimi motywy. Każda z nich skrywa swoje tajemnice, które z czasem łączą się w skomplikowaną sieć.

Autorka w doskonały sposób ukazuje także przekrój społeczeństwa małej wioski i targające nim siły. Nie skupia się jednak na jednej, stereotypowej społeczności. Przedstawia dwie wioski, które znacznie się od siebie różnią. Rodzinny dom Rósy wydaje się przyjazny i przychylny, wioską podlegającą Jónowi rządzą zaś obłuda, zawiść i kłamstwo. Wydają się być dwoma innymi światami – jeden jest ostoją bezpieczeństwa, drugi mroczną otchłanią.

W „Kobiecie ze szkła” ważna jest symbolika. Tytuł zwraca uwagę na figurkę, którą Rósa otrzymuje w prezencie od męża. Zaskakujący na początku gest staje się zrozumiały w miarę postępowania akcji. Stale zmienia się także stosunek Rósy do ozdoby.

Kiedy czytałam „Kobietę ze szkła”, co chwilę nasuwały mi się silne skojarzenia z „Dziwnymi losami Jane Eyre” autorstwa Charlotte Brontë. Pierwszym rzucającym się w oczy podobieństwem jest nastrój powieści – mroczny, zimny i przytłaczający. Wciąż wyczuwalna jest atmosfera tajemnicy i wszechobecnych niedomówień. Ponadto uderza podobieństwo statusu żony lokalnego islandzkiego przywódcy oraz guwernantki z posiadłości pana Rochestera. Choć mogłoby się wydawać, że Rósa będzie żyła wygodnie, mając do dyspozycji służbę, traktowana jest podobnie jak Jane Eyre – a zwykle z mniejszym nawet szacunkiem.

„Kobieta ze szkła” jest niesamowitą powieścią. Fantastycznej fabule towarzyszy wyśmienita technika pisarska. Caroline Lea umiejętnie buduje napięcie, nie pozwalając czytelnikowi odłożyć książki, zmuszając do kurczowego trzymania przewracanych kartek, byle nie tracić czasu, dowiedzieć się, co czeka na następnej stronie. Dziękuję wydawnictwu Literackiemu za przesłanie mi egzemplarza tej doskonałej powieści.

„Słowodzicielka” – Anna Szumacher

To był raczej ten typ, który witał z widłami – doszli do wniosku kilkadziesiąt minut później, mijając na ścieżce zwłoki mężczyzny. Co prawda trzymał kosę… no, pewnie trzymał kosę, zanim został na nią nadziany, ale liczył się fakt. Co do miłego lub niemiłego charaktery pozostałych mieszkańców sioła, również musieli zdać się wyłącznie na przypuszczenia. Wszyscy mieszkańcy legli martwi. Poza wysokim, chudym mężczyzną, który wciąż wisiał przybity sierpem do drzwi, więc lec nie mógł.

„Słowodzicielka” – ciekawy tytuł, prawda? Mnie przyciągnął. Spodziewałam się po nim powieści poważnej mistycznej, z doskonałymi herosami i poetyckimi opisami. Cóż, nie doczytałam opisu. I wiecie co? Jestem zachwycona.

W pierwszej chwili książka nie wywołuje wiele emocji. W zasadzie ciężko zrozumieć, co się właściwie dzieje. Ale spokojnie, nie tylko my mamy ten problem. Bohaterowie są z początku uosobieniem frustracji i dezorientacji. Są to postaci barwne i dynamicznie, bezustannie się zmieniają i odkrywają kolejne cechy.

Fabuła powieści opiera się na odkrywaniu przez bohaterów swojego świata, poszukiwaniu swoich celów – jednym słowem, próbują odnaleźć się w fabule. Wspólnie uznają, że lekarstwo na ich zagubienie jest tylko jedno. Postanawiają znaleźć swojego przywódcę. Przemierzają świat, stykając się z sytuacjami tak absurdalnymi, że mogą istnieć tylko w opowieści. Nie wiedzą, że prawda jest jeszcze bardziej niespodziewana.

Nie mogę nie wspomnieć o fantastycznym sposobie pisania Anny Szumacher, którego próbka zawarta jest w jakże dosadnym cytacie na początku recenzji. Jej język jest lekki, a humor, pomimo nieco czarnego zabarwienia, wysmakowany. Jednak największą rolę w powieści odegrał sam pomysł, zgrabnie wymykający się utartym schematom, delikatnie jedynie ocierający się o niektóre z nich, zapożyczając co ciekawsze motywy. Pisząc o „utartych schematach”, mam na myśli te wykorzystywane obecnie. „Słowodzicielka” wraca do motywów przedstawionych w dawnych opowieściach i bajkach. Smoki, księżniczki, rycerze – choć i to autorka przedstawia w sposób dotąd niespotykany.

Gdybym miała znaleźć jakąś wadę w powieści, powiedziałabym, że najgorszy jest moment, w którym ją przeczytałam. Przeczytałam na okładce, że to seria. Nie do końca mi to pasowało, bo czułam, że nie skończy się na pierwszym tomie, a miałam plany na kolejne książki do przeczytania. Ale stało się. Przeczytałam. I co? Zakończenie wbiło mnie w fotel. Pomyślałam, że przecież nie zostawię takiej nadgryzionej z lekka serii. I na myśleniu się skończyło. Okazało się, że jest to powieść z kwietnia ubiegłego roku, a kolejne tomy są dopiero w planach. Dlatego odradzam „Słowodzicielkę” czytelnikom niecierpliwym i nerwowym.

Chciałabym złorzeczyć na powieść, na autorkę, na wszystko, na czym świat stoi – tylko za to, że nie mogę już, teraz sięgnąć po następny tom. Ale co poradzę, nie mogę. Za bardzo urzekły mnie postacie, humor i historia.

Książka wypożyczona z Biblioteki Manhattan w Gdańsku i przeczytana w ramach wyzwania WyPożyczone od Rudym Spojrzeniem.

http://www.rudymspojrzeniem.pl/2019/12/wyzwanie-wypozyczone-2020.html

„Głos przeszłości” – Zbigniew Zborowski

To była tylko chwila, ułamek sekundy. Zaraz się odwróciła, furkocząc falbaną sukienki uszytej z dwóch poszew, i zawróciła w kierunku bramy na przeciwległym końcu getta.

Dwa światy, dwie rzeczywistości. Łączy je tajemnica, miłość i śmierć…

W „Głosie przeszłości” przedstawiona jest Warszawa. Część akcji rozgrywa się w niedalekiej przeszłości, w roku 2017, a część za czasów drugiej wojny światowej, głównie na terenie getta. To samo miejsce, stosunkowo niewielki odstęp czasu – a jednak mamy wrażenie, że czytamy o dwóch różnych światach.

Czasy obecne – Piotr Hamer, były złodziej samochodów i ekspert w swojej dziedzinie, wychodzi z więzienia i chce zacząć wieść zwyczajne życie przykładnego (no, może prawie) obywatela. Zdobywa pracę w hospicjum, z niskiej pensji utrzymuje mieszkanie, walecznie odpiera wszelkie pokusy powrotu do dawnego życia, które bezczelnie pchają mu w twarz duże pieniądze i bujne życie towarzyskie, którego brak nieco mu doskwiera. Aż tu nagle okazuje się, że człowiek nie może nawet komody kupić, żeby nie narobić sobie problemów. Kiedy Piotr znajduje w niej pierścionek, razem z Lusią, śmiertelnie chorą przyjaciółką z hospicjum, postanawiają znaleźć jego właścicielkę.

Przeszłość – po getcie grasuje morderca-gwałciciel, zwany przez Żydów Golemem. Andrzej Bartycki, były funkcjonariusz Policji Państwowej, nie chce czekać, aż bestii znudzi się polowanie. Wyrusza na poszukiwania. Tymczasem w okolicy pojawia się nowy Niemiec. Czy na pewno? Nie – to Jerzy „Jerzyk” Popławski, obłędnie wpasowujący się w szeregi gestapo Polak, członek Armii Krajowej i zadeklarowany antysemita. To ostatnie ma się szybko zmienić, kiedy na jego drodze stanie „Królowa Deptaka” – Cyla Bartycka. Czy losy tych trojga splotą się w jedną, zakręconą i pogmatwaną nić? Z całą pewnością.

„Głos przeszłości” to dobrze skonstruowany kryminał, w którym nie ma luźnych wątków. Choć niektórych bohaterów podejrzewamy od samego początku, po kilku zwrotach akcji okazuje się, że byliśmy w błędzie. O ile doświadczeni wielbiciele kryminałów mogą zbyt szybko rozszyfrować zagadkę, to ci początkujący (jak ja) będą zachwyceni. Powieść jest też doskonałą lekturą dla miłośników romansów. Otrzymają oni opowieść o spełnionej, szczęśliwej miłości ponad uprzedzeniami i przeciwnościami losu.

Nie ukrywam, że pomimo całej sympatii, którą obdarzyłam tę książkę, „Głos przeszłości” zyskał w moich oczach jeszcze bardziej po przeczytaniu posłowia. Autor informuje w nim, że historia Cyli i Jerzego oparta jest na faktach. Z tą różnicą, że w rzeczywistości jej zakończenie było o wiele szczęśliwsze, niż w powieści, która zachowała tylko część szczęścia młodej pary. Dzięki temu dowiedziałam się też o książce Popławskiego, „Kto ratuje jedno życie…”. Na pewno wkrótce ją przeczytam, by dowiedzieć się więcej o pięknej historii miłosnej – jednej z najpiękniejszych, o jakich słyszałam.

A sam autor? Zbigniew Zborowski wiele widział – podróżował, był dziennikarzem i reporterem, podejmował trudne tematy. Z pewnością dało mu to dobry wgląd w sytuację głównego bohatera. Bardzo umiejętnie łączy swoje doświadczenie i lekkie pióro, by dzielić się z nami swoimi opowieściami.

Egzemplarz „Głosu przeszłości” otrzymałam od wydawnictwa Czarna Owca. Ogromnie dziękuję za podzielenie się ze mną tak piękną historią. Polecam ją nie tylko miłośnikom romansu i kryminału, ale wszystkim, którzy chcą nauczyć się dostrzegać, co jest w życiu ważne.

„Pod Taflą” – Louise O’Neill

– Nazywam się Ceto – Podnosi się gwałtownie z fotela i po chwili już góruje nade mną. – To twój ojciec nazwał mnie „wiedźmą”. W ten sposób mężczyźni określają kobiety, które się ich nie boją. Kobiety, które nie chcą spełniać ich rozkazów.

Wszyscy znamy baśń Hansa Christiana Andersena o Syrenie. Wielu z nas wychowało się na jej filmowej adaptacji, którą zawdzięczamy Disneyowi. Ciągle powstają kolejne reinterpretacje baśni. Do takich zalicza się „Pod Taflą” autorstwa Louise O’Neill.

Autorka pochodzi z Clonalkilty w Cork (Irlandia). Po ukończeniu anglistyki na dublińskim Trinity College, rozpoczęła studia magisterskie na kierunku Fashion Buying. Spędziła rok w Nowym Yorku pracując z Kate Lanphear z redakcji magazynu ELLE. Następnie wróciła do domu i napisała pierwszą powieść, „Sama się prosiła”. Przebyła drogę od przebywania z najsłynniejszymi celebrytami do spędzania większości czasu w piżamie, stukając w klawiaturę i pisząc powieści. Nigdy nie była szczęśliwsza.*

Louise O’Neill w swoich powieściach skupia się na problemach wciąż obecnego w życiu wielu kobiet patriarchatu. Porusza problemy toksycznych związków i przemocy. Jej teksty są silnie feministyczne. „Pod taflą” nie należy do wyjątków. Niezależnie od tego, którą wersję baśni znamy, mogliśmy zauważyć, jaką władzę ma nad syrenkami Tryton, ich ojciec i król podwodnego królestwa. Otaczające go kobiety muszą uważać na swe słowa i zachowanie w obecności władcy. Autorka książki pyta – dlaczego? Dlaczego syreny nie mogą zobaczyć świata nad powierzchnią wody, skoro tego najbardziej pragną? Pozbawia baśń cukierkowej otoczki znanej kreskówki i zwraca uwagę czytelnika na kwestie, których z oczywistych względów nie poruszył Andersen.

Władza mężczyzny stała się w życiu księżniczek powszechna. Przyzwyczajenie sprawiło, że nie zauważają wyrządzanej sobie krzywdy. Żyją w ciągłym strachu przed gniewem ojca, znoszą ból i stres powodowany dążeniem do idealnej prezencji. Wszystko to, by podobać się mężczyznom. Autorka przekazuje czytelniczkom w każdym wieku, że związek nie może być życiowym celem, trzeba żyć w zgodzie z sobą. Bohaterka przebywa długą drogę, by uświadomić sobie, co jest naprawdę ważne.

Dodatkowym elementem przemawiającym do czytelnika jest realizm przeżyć małej syreny. Ból, upokorzenie czy strach – dogłębne opisy emocji i odczuć bohaterki sprawiają, że razem z nią przeżywamy jej życiową tragedię. Powieść pozbawiona jest też słodkich uogólnień i przymykania oczu na problematyczne kwestie, zabiegów typowych dla historii o syrenkach. Jednak książka nie tylko dołuje i pokazuje, jaki świat jest zły. Zakończenie napawa siłą i wiarą w sens działań kobiet walczących o swoje prawa.

Jeśli te wszystkie zalety nie zachęcą Was do sięgnięcia po „Pod taflą” Louise O’Neill, na pewno dokona tego okładka. Nie bez powodu zdobyła ona pierwsze miejsce w głosowaniu na najpiękniejszą okładkę 2019 roku na blogu Książki Dobre Jak Czekolada. Przedstawia ona twarz syreny okoloną długimi czerwonymi włosami, po których rozrzucone są różne przedmioty ze świata ludzi. Przedstawia spokój syreny w konfrontacji ze wszystkim, co kiedykolwiek było dla niej ważne – w czasach, kiedy dla jej otoczenia liczyła się tylko nieziemska uroda, a ona pragnęła czegoś więcej.

„Pod taflą” stanowi uzupełnienie wszystkich dotychczasowych adaptacji baśni Andersena. To książka, którą powinna przeczytać nie tylko nastolatka, ale także każda kobieta, która czuje, że zasługuje na coś lepszego.

Książka została wypożyczona z Biblioteki Gdynia i przeczytana w ramach wyzwania czytelniczego WyPożyczone od Rudym Spojrzeniem.

http://www.rudymspojrzeniem.pl/2019/12/wyzwanie-wypozyczone-2020.html

*Tłumaczenie ze strony autorki na Goodreads (https://www.goodreads.com/author/show/8110797.Louise_O_Neill)

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij