„Psie sucharki” – Maria Apoleika

Miłość, wierność i przywiązanie można wyrazić na różne sposoby – chuchając w twarz smrodkiem z głębi trzewi, liżąc kolano ukochanej osoby albo siadając jej na stopie. Jednym z ciekawszych pomysłów na wyrażenie naszych uczuć, gdy ich obiekt pozostaje nieobecny, jest uwicie gniazda z jego gaci, skarpet, rajtuz i przepoconych podkoszulków. Wystarczy wywalić kosz z odzieżą przyszykowaną do prania i kręcić w niej młynki aż do powstania wygodnego barłogu. W tak przygotowanym legowisku jest miękko, ciepło, czuć esencjonalny zapach bliskiej nam osoby i mimo że serce płacze z tęsknoty, jakoś da się dotrwać do czasu powrotu opiekuna.

Psiaki są dobre, piękne i urocze, co od zawsze sprawia, że chcemy choć jednego tylko dla siebie, do kochania. Inspirują też wiele filmów, szczególnie tych dla dzieci, przez co pojawiają się chwilowe mody na określone rasy. Wiele takich kupionych w przypływie chwili zwierzaków kończy w schroniskach, lub (o, zgrozo!) w lesie albo na ulicy.

Maria Apoleika to prawdziwa miłośniczka psów, dlatego zależy jej na ich dobrym życiu, niezależnie od rasy, wieku, urody czy stanu zdrowia. Z tego powodu powstały Psie Sucharki, strona, na której autorka umieszcza rysunki – czasem humorystyczne, czasem poruszające, a bardzo często edukujące. Porusza też inne kwestie związane z cierpieniem zwierząt, jak rezygnacja z wykorzystywania naturalnych futer w przemyśle odzieżowym (”Najlepsze futro to takie, które się cieszy na Twój widok” to najbardziej uroczy i równocześnie w pewien sposób najlepiej przemawiający do rozsądku argument, jaki słyszałam). Literacki debiut Marii Apoleiki jest gęsto ilustrowany takimi właśnie rysunkami.

Największą zaletą książki jest szerokie grono odbiorców. Można ją potraktować jako poradnik dla osób pragnących przyjąć psa do swojego domu po raz pierwszy lub “doszkalacz” dla początkujących właścicieli. Ale nawet starzy wyjadacze znajdą w niej coś dla siebie – niewykluczone nawet, że są największymi fanami “Psich Sucharków” i jako pierwsi stali w kolejce po świeżutkie, ciepłe jeszcze tomiki. Większość rysunków Marii Apoleiki przedstawia bowiem charakterystyczne, przezabawne i rozczulające psie zagrywki. Stojąc w kolejce po podpis autorki, co i rusz słyszałam, jak uczestnicy spotkania czytają na głos dymki z komiksów, a potem śmieją się do łez, powtarzając “jak Maksio!”.

Choć wiedza zawarta w “Psich Sucharkach” może się niektórym wydawać podstawowa i oczywista, pomyślmy, ile szkody może przynieść jej brak. Zawsze warto też przeczytać poradnik dobrej jakości (czyli, w tym przypadku, poradnik Marii Apoleiki) i zweryfikować albo nawet uzupełnić swoją wiedzę. Pies ma mieć dobre życie. I koniec. Kropa.

„Krysia. Mała książka wielkich spraw” – Michalina Grzesiak

– Spokojnie! Potłukłam kubek, ale najważniejsze, że nikomu nic się nie stało. Najważniejsze, że jesteśmy cali.

Krysia jest małą osóbką. Małe osóbki nie są traktowane poważnie. Kiedy coś mówią, przytakuje się im bezmyślnie, na odczepnego, mówi, że tak, oczywiście, mają rację. A przecież tyle możemy się od nich nauczyć. Dzieci są chodzącą skarbnicą wiedzy pierwotnej, nieskażonej dorosłą i, zdawałoby się, dojrzałą stronniczością.

Wielokrotnie doświadczyła tego autorka „Małej książki wielkich spraw”, Michalina Grzesiak – matka dwójki dzieci, kobieta walcząca w wielkiej bitwie zwanej życiem. W ferworze boju z codziennością zatrzymuje się, by docenić mądrość bohaterki swojej książki – małej Krysi.

Dzieci autorki wychowywane są w taki sposób, by nie zaszczepić w nich żadnych subiektywnych przekonań. Rodzice słuchają i rozmawiają, tłumaczą, jednak nie narzucają. Krysia i Jurek sami dochodzą do wniosków, obserwując otoczenie i poznając różne punkty widzenia. Dobrze widać to dzięki kontraście z ich rówieśnikami, których zachowanie stanowi odbicie poglądów rodziców. Dlaczego dziewczynki bawią się lalkami i noszą różowe spódniczki, a chłopcy kolekcjonują modele aut i czapki z daszkiem? Ponieważ tego się od nich oczekuje. Michalina Grzesiak natomiast obserwuje i pozwala obserwować czytelnikom. Pozwala uczyć się od swoich dzieci tolerancji i miłości do wszystkiego, co żyje (albo i nie, w końcu brzydki plastikowy pierścionek też zasługuje na kogoś, komu na nim zależy). Przywołuje przykłady świadczące o tym, że dzieci są niczym innym, jak lepszą wersją dorosłych, których gubimy z biegiem lat i wkrótce zaczynamy znów szukać. To właśnie to szczęście, do którego dążymy i którego nie możemy odnaleźć – dziecięcy światopogląd.

Największą bolączką autorki są dorośli, którzy próbują „zepsuć” jej dzieci. Wpajają poglądy, cegiełka po cegiełce układają w małych główkach wysoki mur zasłaniający wszystkie inne punkty widzenia – tworzą kolejne szeregi egoistów, coraz więcej dorosłych. A przecież niczego bardziej nie potrzebujemy, niż pozostać dziećmi, dla których nie ma znaczenia wiek, płeć, kolor skóry ani stan zdrowia; dziećmi, dla których wszyscy jesteśmy – tak zwyczajnie i po prostu – ludźmi.

Na koniec chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na szatę graficzną „Krysi”. Z półki sklepowej przyciąga wzrok urocza okładka w stonowanych barwach. Na pierwszej literze tytułu (nakreślonego koślawym, dziecięcym pismem) stoi bohaterka – dziewczynka, para kaloszy, sukienka i burza loków. Taką Krysię poznajemy w książce – zbuntowaną, eksperymentującą, odkrywającą świat. Poznajemy szybko, bo nie dość, że pozycja jest niezmiernie wciągająca, to jeszcze duża czcionka i krótkie rozdziały pozwalają na połykanie kolejnych stron. No i, nie oszukujmy się, dołączona do książki zakładka z wypychaną kaczuszką podbije każde serce.

Każdy dorosły powinien przeczytać „Krysię”. Wciąż narzekamy na brak czasu na relaks, czasem nawet szukamy rad. Najczęściej dowiadujemy się w końcu, że najlepszym sposobem na odnalezienie szczęścia jest docenianie małych, na pozór nieistotnych rzeczy. Spójrzmy na dzieci – na takie Dzieci, którym nie zdążyliśmy jeszcze przekazać zwyczaju szukania problemów. Te Dzieci cieszą się z każdej gałki lodów, z każdego spaceru – ba, nawet z kałuży, w którą przypadkowo wdepną obutą w trampek stopą. Do tego powinniśmy dążyć, a ku celowi poprowadzi nas Krysia.

„Na tropie mikrobiomu” – Rob Knight, Brendan Buhler

Ciebie już znamy: istota ludzka i dwunożna, tak wielka przez rozum, tak niewyczerpana w swych zdolnościach, pierworodna wszelkiego stworzenia, która nigdy nie przeczytała żadnej umowy, choć zawsze zaznacza, że się z nią zgadza. A teraz poznajmy całą resztę: biliony maleńkich stworzeń zamieszkujących twoje uszy, oczy oraz wspaniałe dworzyszcze brzucha. Ten mikroskopijny świat ukryty w naszych ciałach może potencjalnie zmienić nasze rozumienie zdrowia, choroby, a także nas samych.

Coraz częściej nękają nas poważne choroby, z którymi naukowcy i lekarze próbują walczyć, nie znając do końca ich przyczyn. Przypomina to desperacką walkę spisaną na porażkę. Pojawiła się jednak nadzieja. Prowadzi się badania nad mikrobiomem – ogółem mikroorganizmów żyjących w i na ludzkim ciele oraz wywierających wpływ na jego działanie.

O tych właśnie organizmach opowiada autor książki „Na tropie mirobiomu”. Co ciekawe, Rob Knight nie jest biologiem, czego można by oczekiwać po jego zajęciu. Z wykształcenia jest pediatrą, informatykiem i inżynierem. Mimo to poświęcił się badania mikrobiomu i jego wpływu na organizm. Jest autorem takich programów, jak American Gut czy Earth Microbiome Project.

„Na tropie mikrobiomu” to ciekawa pozycja dla każdego, kto interesuje się biologią (a jeszcze lepiej – mikrobiologią) lub z jakichkolwiek przyczyn potrzebuje jej w pracy lub szkole. Proponuje innowacyjne rozwiązania odwiecznych problemów ludzkości. Ponadto, Rob Knight nie zawłaszcza sobie wyłącznych praw do badań w tej dziedzinie. Wręcz przeciwnie, podaje przykłady odkryć, które wciąż czekają na odkrycie, jakby zachęcając młodych naukowców, do których w dużym stopniu skierowana jest książka. Nie zależy mu na sławie, a na pomocy chorym.

Wiedza, która normalnie mogłaby się wydawać skomplikowana, podana jest w sposób zrozumiały i poparta przykładami, co pomaga zapamiętać większą ilość informacji. Dodatkowym ułatwieniem są infografiki Olivii de Salve Villedieu. Doskonale ilustrują one tekst. Umożliwiają także szybkie przypomnienie najważniejszych informacji po przeczytaniu książki.

Rob Knight zwraca także uwagę na istotne problemy dzisiejszych społeczeństw. Do dwóch najgroźniejszych w skutkach należy nadużywanie antybiotyków oraz odmawianie szczepień. Lektura uświadamia konsekwencje tych działań. Autorytet eksperta może pomóc w walce z niewłaściwym podejściem i „nawracaniu” na myślenie naukowe.

„Na tropie mikrobiomu” to pozycja poruszająca wiele problemów, z którymi boryka się współczesny świat. Warto zapoznać się z nią samodzielnie, ale jest to też dobry pomysł na prezent dla kogoś, kto zdaje się ich nie zauważać lub – przeciwnie – interesuje się mikrobiologią i zależnościami między organizmami różnych gatunków i rozmiarów.

Dziękuję wydawnictwu Relacja za otrzymane pięć książek z serii TED Books.

„Prawa medycyny” – Siddhartha Mukherjee

Ale czy „najmłodsza nauka” ma swoje prawa? Dziś wydaje się to dziwnym sposobem spędzania czasu, ale ja poświęciłem znaczną część rezydentury lekarskiej, poszukując właśnie praw medycyny.

„Prawa medycyny” to już druga książka z serii TED Books, z jaką miałam do czynienia i druga, która pozytywnie mnie zaskoczyła. Sądząc po dziedzinie, w jakiej specjalizuje się autor, oczekiwałam naukowego wywodu okraszonego wyszukanym słownictwem. Okazuje się, że pozycja ta nie ma tak naprawdę wiele wspólnego z naukową stroną medycyny.

Siddhartha Mukherjee znany jest nie tylko jako onkolog, lecz także jako pisarz – za książkę „Cesarz wszech chorób. Biografia raka” otrzymał w 2011 roku Nagrodę Pulitzera.

Podobnie jak pozostałe książki autora, „Prawa medycyny” nie przypominają podręcznika dla studentów medycyny. Skierowane są głównie do osób, które o medycynie i chorobach nękających ludzkość dowiadują się głównie z plotek i przejaskrawionych historii „znajomej znajomego”. Dlatego też forma publikacji zbliżona jest do eseju napisanego zrozumiałym dla niewtajemniczonych językiem.

Mukherjee przywołuje trzy prawa, których obecność zauważył podczas studiów, stażu i pracy w zawodzie. Odwołują się one do tytułowej niepewności medycznego gruntu. Autor udowadnia ich działanie, powołując się na znane mu historie i przypadki. Zwraca także uwagę na współczesne problemy nękające tak lekarzy, jak i pacjentów.

Dzięki „Prawom medycyny” możemy poznać wiele ciekawostek nie tylko ze świata medycyny, ale także innych dziedzin nauki. Siddhartha Mukherjee, jako osoba wszechstronnie wykształcona, z wyczuwalną swobodą potrafi wypowiedzieć się na każdy temat.

Dodatkową zaletą jest cecha wspólna cecha wszystkich książek z serii TED Books – zwięzłość. Pozycja zawiera ogromną ilość wiedzy skondensowanej w taki sposób, by czytelnik mógł zapoznać się z nią w ciągu kilku godzin. Z tego względu „Prawa medycyny” to książka dobra nie tylko dla moli książkowych, ale też osób zabieganych, poczytujących w autobusie, lub po prostu takich, które nie znajdują przyjemności w czytaniu, a jednak chcą dowiedzieć się czegoś interesującego.

Dziękuję wydawnictwu Relacja za otrzymane pięć książek z serii TED Books.

„Sztuka bezruchu” – Pico Iyer

Zbyt często mamy poczucie, że operujemy na najwyższych obrotach i nigdy nie mamy czasu, by wszystko nadgonić.

Medytacja, uważność, relaksacja – w czasach wiecznego pośpiechu bezustannie poszukujemy czegoś, co pomoże nam zapomnieć o niecierpiących zwłoki sprawach. Wędrujemy do najdalszych zakątków świata, by czerpać wiedzę od wielkich mędrców. To samo zrobił autor „Sztuki bezruchu”, z zaskakującym skutkiem – na końcu świata dowiedział się, że najlepiej nie ruszać się z miejsca.

Pico Iyer znany jest ze swoich tekstów, które tworzy jako dziennikarz, pisarz i eseista. W swoich pracach opisuje różne kultury i zależności między nimi. Szczęście odnalazł w bezruchu i szczęściem tym dzieli się z czytelnikami.

„Sztuka bezruchu” powstała w uzupełnieniu do niespełna piętnastominutowej prelekcji Pico Iyera. Ma nad nią jednak pewną przewagę – w książce możemy przewracać strony, zaznaczać tekst, robić notatki. To wspaniały podręcznik szczęścia.Jest napisany językiem zrozumiałym, a rozdziały przeplatane są pięknymi, hipnotyzującymi zdjęciami.

„Sztuka bezruchu” składa się z zaledwie sześciu krótkich rozdziałów. Z pewnością znajdziemy na rynku całą masę innych książek na podobny temat, jednak żadnej z nich nie jesteśmy w stanie przeczytać tak szybko, jak publikacji Pico Iyera. „Sztuka bezruchu” to wiedza w pigułce, możliwa do przeczytania „za jednym posiedzeniem”, jak przekonuje wydawnictwo. Może też stanowić podstawę wiedzy o uważności, którą rozwiniemy potem innymi tekstami, których wysyp można obecnie obserwować.

Autor zna bezruch od bardzo dawna. Nigdy wcześniej nie wydawał się on jednak tak potrzebny, jak obecnie. Publikacja skierowana jest do wszystkich, którzy, podobnie jak Pico Iyer, czują się przytłoczeni pogonią za szczęściem. Dzięki „Sztuce bezruchu” dowiadujemy się, jak odnaleźć szczęście w miejscu, w którym jesteśmy. Nie musimy go gonić – samo do nas przyjdzie, jeśli tego chcemy.

Dziękuję wydawnictwu Relacja za otrzymane pięć książek z serii TED Books.

„Sherlock Holmes i sztuka we krwi” – Bonnie MacBird

Dlaczego nie wydano tej powieści dawno temu razem z innymi? Mogę tylko przypuszczać, że to dlatego, iż ta historia, dłuższa i być może bardziej szczegółowa niż większość, ujawnia pewną słabość charakteru Holmesa i jej opublikowanie mogłoby narazić  go na niebezpieczeństwo w okresie ich aktywności. Lub może Holmes po przeczytaniu jej po prostu zabronił publikacji.

Nie zliczę, ile adaptacji klasycznych opowiadań Conana Doyle’a miałam szansę podziwiać, a to tylko maleńki odsetek tych, które powstały. Sherlock Holmes to postać nieśmiertelna, która od wielu lat fascynuje zarówno czytelników, jak i twórców. Trylogia „Nowe przygody Sherlocka Holmesa” to kolejny powrót słynnego detektywa.

Rzecz dzieje się w wiktoriańskim Londynie. Powieść stylizowana jest na zaginione dzieło Johna Watsona, które nigdy nie ujrzało światła dziennego, kończąc jako rękopis w zakurzonym kącie biblioteki. Przypadkiem odkrywa go autorka książki i przekazuje w dłonie czytelników.

Do Holmesa zgłasza się popularna francuska śpiewaczka z prośbą o znalezienie zaginionego syna. Detektyw przyjmuje sprawę, odrzucając tym samym tę przydzieloną mu przez brata, Mycrofta. Skradziona została cenna rzeźba, o którą spierają się trzy państwa. Początkowo Sherlock uparcie ignoruje problemy Korony, jednak szybko okazuje się, że obie zagadki są o wiele bardziej skomplikowane. Zmuszony jest połączyć siły z francuskim kolegą po fachu i stawić czoła brytyjskiej arystokracji.

Powieść Bonnie MacBird jest doskonale przemyślana. Napisanie powieści detektywistycznej wymaga ogromnego skupienia, wielu notatek i wielokrotnego sprawdzenia, czy aby na pewno żaden wątek nie zaginął po drodze. Dodatkowo sprawę utrudnia sama postać Sherlocka Holmesa. Opisując jego przygody, należy uważać na zachowanie geniuszu bohatera. Nie można pozostawić żadnych niedociągnięć, które zostałyby natychmiast wychwycone przez fanów. Autorka „Sztuki we krwi” doskonale sobie z tym zadaniem radzi. Nie miałam jeszcze przyjemności prześledzić wszystkich oryginalnych przygód detektywa, jednak styl tej powieści nie odbiega zanadto od tych, które czytałam.

Dobrze widoczny jest schemat powieści kryminalnej – zawiązanie akcji, rozwinięcie, kulminacja i wreszcie rozwiązanie. Nuda? Skądże. Na tym schemacie oparte są powieści, opowiadania, nawet filmy czy seriale. Bonnie MacBird rozbija go nieco, dzieląc powieść na księgi. Rozdziały z kolei są krótkie, co nadaje akcji dynamizmu.

„Sherlock Holmes i sztuka we krwi” to jedna z najlepszych powieści detektywistycznych, z jakimi miałam do czynienia. Styl i maniera pisania nawiązują do oryginalnych tekstów Conana Doyle’a. Dzięki temu wieloletni fani mogą szukać w niej kontynuacji klasycznych przygód detektywa, a tym początkującym posłuży za wstęp do dawnych tekstów.

„Małe Licho i anioł z kamienia” – Marta Kisiel

Po drugą część „Małego Licha” Marty Kisiel zawędrować trzeba na dział literatury dziecięcej. Bajeczka dla dzieci? Nic z tych rzeczy. Obie części powieści o przygodach Bożka są jak filmy Disneya – fantastyczna rozrywka dla całej rodziny. Jak tylko skończyłam czytać, książka powędrowała do dwunastoletniej siostry, a potem trafi na półkę mamy. Każda z nas znajdzie tam coś dla siebie.

Podobnie jak „Tajemnica Niebożątka”, „Anioł z kamienia” cechuje się dość mrocznym, jak na powieść dziecięcą, nastrojem. Czarne charaktery są tajemnicze i niepokojące. Marta Kisiel wspaniale buduje napięcie, sprawiając, że nie możemy oderwać wzroku od tekstu, w mgnieniu oka przerzucając kolejne strony, przez co powieść kończy się o wiele szybciej, niż moglibyśmy się spodziewać.

Nie mogę nie wspomnieć o genialnej kreacji bohaterów. Każdy z nich, człowiek, anioł, czy glut, ma całkowicie unikalną, wyrazistą osobowość. Od radosnego dziecka, przez mrukliwego anioła, aż po przerażającego (z pozoru) demona cmentarnego, Marta Kisiel tworzy świeże, złożone postacie, których nie znała wcześniej polska literatura. 

Fabuła w książkach naszej ulubionej Ałtorki nigdy nie była oczywista i przewidywalna. Dzięki zwięzłości stylu w powieści o standardowej objętości zmieści się wiele wydarzeń i kilka zaskakujących zwrotów akcji. Pozwala to przenieść się do świata przedstawionego, stać się jego częścią i razem z nimi przeżywać kolejne przygody.

I wreszcie ilustracje autorstwa Pauliny Wyrt, podobnie jak w „Tajemnicy Niebożątka”. Okładka z daleka przyciąga wzrok, nie tylko dzięki swojej urodzie, ale także z powodu unikalnego stylu. Przeważające ciemne barwy doskonale oddają nastrój powieści. Ilustracje powodują wzmożenie efektu, jaki wywiera tekst, będąc dodatkowo urozmaiceniem dla młodszych czytelników.

Do wszystkich książek Marty Kisiel wracam lub wracać będę, ale do „Anioła z kamienia” szczególnie szybko. W grudniu, przed świętami. W końcu jest dopiero koniec października, śniegu za oknem brak, a ja już mam ochotę pakować prezenty i śpiewać kolędy. Doprawdy, alleluja.

Calathea Network

Stanowisko: półcień lub światło rozproszone
Wilgotność: wysoka
Podlewanie: do stale wilgotnej ziemi – nie przelewać!

Kalatee pochodzą z Ameryki Południowej, Środkowej i Karaibów – a więc terenów tropikalnych. W naturalnym środowisku przystosowały się do wysokiej, względnie stałej temperatury i wilgotności powietrza. Takie też warunki należy im zapewnić, by dobrze, zdrowo rosły.

Przez wiele osób kalatee uznawane są za rośliny trudne w uprawie. Jednak każdy ma inny gust i metody. Mam kilka gatunków z tego rodzaju i są to moje najlepiej rosnące roślinki. Co ciekawe, nie poświęcam im zbyt wiele czasu – jedyne, co przy nich robię, to podlewanie (często po przeschnięciu ziemi) i zraszanie liści.

Źródła: https://pl.wikipedia.org/wiki/Kalatea

„Audubon. Na skrzydłach świata” – Fabien Grolleau, Jérémie Royer

Historia pamięta go jako niezrównanego malarza-ornitologa, niezmordowanego pioniera przemierzającego młodziutką Amerykę, pisarza oraz jednego z ojców nowożytnej amerykańskiej ekologii.

„Na skrzydłach świata” to opowieść o Audubonie, pełnym pasji przyrodniku, który przemierzył w ciągu swojej młodości Stany Zjednoczone, badając i dokumentując żyjące na ich terenie gatunki ptaków. Niezwykłe jest, że jego obrazy długo nie wzbudzały przychylności uczonych. Wyrażały zbyt mało szczegółów anatomicznych, a za dużo energii i życia. Mimo to Audubon nie ustawał w badaniach, dzięki czemu wydał dzieło prezentujące 435 gatunków amerykańskich ptaków.

Biografia francuskiego przyrodnika stworzona została przez Fabiena Grolleau i Jérémie Royera w formie powieści graficznej. Wzbudza to skojarzenia z zajęciem głównego bohatera – malunkiem. Ponadto niewątpliwie umila lekturę, przez co poszerza grono potencjalnych odbiorców. Dzięki temu książkę tę może przeczytać każdy – od dorosłego, przez licealistę, po nawet najmłodsze zainteresowane tematem dziecko. Dla każdego będzie to lektura na odpowiednim poziomie.

Same ilustracje są piękne. Dobrze oddają zarówno emocje bohaterów, jak i panujący w danym momencie nastrój opowieści. Na końcu tomu zamieszczone są reprodukcje oryginalnych obrazów Audubona, które pojawiają się również w trakcie powieści w stylu dostosowanym przez autorów. Należy zauważyć, jak dokładnie oddali oni szczegóły akwareli.

Co do historii, nie jest ona już tak dokładna, o czym twórcy komiksu informują w krótkim wstępie. Powieść ma na celu raczej wyrażenie osobowości bohatera i przedstawienie ogólnego zarysu jego wielkiej przygody, niż zanudzenie czytelnika mniej istotnymi datami i pomniejszymi wydarzeniami z życia.

Niewiele osób lubi biografie. Uważają, że są nudne i męczące. A przecież tyle można się z nich nauczyć. Historia Audubona przedstawiona jako powieść graficzna jest przystępna i umożliwia szybkie czytanie, równocześnie oferując ciekawe wiadomości.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij