„Patyki, badyle” – Urszula Zajączkowska

Zasysam się więc w ten świat, skurczam. Dobrze mi tam. Uciekam. Jestem pod zielonymi żaglami. Idę po moście, który od giętkiej łodygi połączy mnie z liściem. Jestem okruchem przetaczającym się żywą ścieżką łagodnej materii.

Mówi się, że dobrze jest łączyć swoje pasje. Ale co zrobić, kiedy jedno zainteresowanie nie pokrywa się z innym? Jak połączyć miłość do roślin, na które w dużym stopniu patrzymy przecież z biologicznego punktu widzenia, z literaturą, najlepiej beletrystyczną? Dwa światy, nauka i sztuka – połączyła je autorka „Patyków, badyli”.

Urszula Zajączkowska jest artystyczną duszą i naukowcem. Fascynują ją rośliny, ale nie tylko te, które tak kochamy. Zboża, warzywa są dogłębnie badane przez wielkich uczonych pragnących nieść pomoc uciemiężonym przez szkodniki płodom rolnym. W „Patykach, badylach” autorka skupia się głównie na tak zwanych chwastach – roślinach niechcianych, złych, złośliwych. A przecież wydają się takie tylko z perspektywy człowieka. Z perspektywy przyrody są równie niezastąpione jak jeleń, wiewiórka, mrówka czy każde inna żywa istota. Stanowią pożywienie dla zwierząt, tak samo jak klon czy jawor dostarczają tlen i oczyszczają powietrze, nie wspominając już o ich niezastąpionej roli w funkcjonowaniu ekosystemu.

„Patyki, badyle” można nazwać rozprawą o ukrytej naturze roślin. Autorka zna tajemnicę, której rąbka uchyla czytelnikowi. Co najważniejsze, nie trzeba być naukowcem, żeby ją zrozumieć. Piękny, poetycki, a równocześnie prosty język Urszuli Zajączkowskiej wyjaśnia wszelkie skomplikowane procesy w sposób przystępny i łatwy do zrozumienia. Wrażliwość autorki na życie tętniące w każdej łodydze, w najmniejszej żyłce na liściu, pozwala dostrzec, jakim cudem jest istnienie roślin.

„Patyki, badyle” to książka dla każdego pasjonata roślin, niezależnie od tego, czy jest on doświadczonym botanikiem, czy dopiero zaczyna swą przygodę z zielonymi przyjaciółmi.

Philodendron hastatum

Stanowisko: półcień lub światło rozproszone
Wilgotność: wysoka
Podlewanie: do wilgotnej ziemi lub po przeschnięciu

Filodendrony pochodzą, jak wiele roślin doniczkowych, ze strefy lasów tropikalnych i występują w przyrodzie dość powszechnie. Często są to rośliny pnące, jednak mogą występować praktycznie na każdym poziomie lasu. Z tego powodu nie są nigdy wystawione na bezpośrednie działanie promieni słonecznych. Uprawiając filodendrony w domu, należy ustawiać je w miejscu o rozproszonym świetle. Jeśli liście są ciemnozielone, dobrze im będzie także w półcieniu. W takiej sytuacji należy jednak obserwować roślinę – jeśli wypuszcza coraz mniejsze liście, oznacza to, że stanowisko jest zbyt ciemne.

Filodendron hastatum jest rośliną o srebrzysto-zielonych liściach. Z tego powodu powinien zostać ustawiony w miejscu dość jasnym. Chętnie się pnie, dlatego warto zapewnić mu dość wysoki palik.

Jak inne rośliny tropikalne, filodendrony uwielbiają wilgoć. Należy zadbać o nią, ustawiając doniczkę na kamykach z wodą, używając nawilżacza powietrza bądź po prostu zraszając liście wodą. Warto także usadowić filodendrona w towarzystwie innych roślin wymagających wysokiej wilgotności – sprawdzą się tu kalatee, aglaonemy, monstery.

Źródła: „Kwiaty w mieszkaniu” – Margot Schubert

„Klin” – Joanna Chmielewska

Możliwe, że w wyniku własnych, niepoczytalnych czynów zginę tragiczną śmiercią, ale już mi wszystko jedno! Będę popełniać te szaleństwa konsekwentnie i do końca!…

Kilka lat temu obejrzałam stary, jeszcze czarno-biały, polski film o tytule „Lekarstwo na miłość”. Wspaniała gra wielkich aktorów, jak również urokliwy klimat życia bez wszechobecnego dziś pośpiechu, oczarowały mnie bez reszty. Dlatego jakiś czas później wzięłam do ręki „Klin” Joanny Chmielewskiej, na podstawie którego powstał powyższy film.

Miłośników „Lekarstwa na miłość” należy ostrzec, iż film znacząco odbiega od książki. Myślę jednak, że nie ma to większego znaczenia, jeśli uwzględnimy w ocenie fakt, że zarówno powieść, jak i scenariusz do filmu wyszły spod pióra tej samej autorki. Widać to już po wypowiedziach bohaterów, które charakteryzują się błyskotliwością i poczuciem humoru.

Jeśli chodzi o fabułę, jest ona niesamowicie zawiła. Joanna, główna bohaterka, targana jest silnymi emocjami – znajduje się na granicy między wielką miłością a złamanym sercem. Pewnego razu w rozmowę telefoniczną z przyjaciółką włącza się tajemniczy nieznajomy o pięknym, obezwładniającym głosie. Kiedy Joanna wkracza na odpowiednią drogę do uwolnienia się od poprzedniego obiektu westchnień, mężczyzna znika, nie zostawiając nawet imienia. Kobieta postanawia go odnaleźć, a przy okazji wpada na trop kolejnej tajemnicy.

Powieść jest na tyle złożona i zagadkowa, że nigdy nie jestem w stanie zapamiętać każdego szczegółu. To umożliwia świetną zabawę za każdym razem, kiedy wracamy do „Klinu”. Lektura ta może stanowić rozrywkę dla przeróżnych grup czytelników. Fani romansów odkryją niesłychaną przyjemność w śledzeniu perypetii miłosnych bohaterki; miłośnicy kryminałów mogą sprawdzić swój intelekt, próbując odkryć rozwiązanie przed zakończeniem powieści; wreszcie entuzjaści komedii będą zanosić się śmiechem przy niebanalnych komentarzach bohaterki.

Joanna Chmielewska nie bez powodu nazywana jest Królową Polskiego Kryminału. Jeśli chcemy zacząć swoją przygodę z jej twórczością, „Klin” jest ku temu idealnym powodem.

Cykl „Arystokratki” – Evžen Boček

Nazywam się Maria Kostka z Kostki. Jestem trzecią Marią w historii rodu.

Na cykl „Arystokratki” należy zarezerwować sobie kilka dni, które pozwolą pochłonąć całą serię za jednym zamachem. Osobiście szybko nuży mnie czytanie kilku napisanych w tym samym stylu książek pod rząd. Jednak serię Evžena Bočka (dalej głowię się nad odmianą tego nazwiska) potraktowałam najwyraźniej jako jedną powieść, rozbitą na kilka tomów.

Cykl napisany został w formie dziennika tytułowej bohaterki, Marii. Kiedy jej rodzina dowiaduje się, że zwrócono im rodowy zamek w Czechach, Kostkowie opuszczają Stany Zjednoczone, by posmakować życia arystokracji. Zamiast pięknego majątku ziemskiego, Eldorado, krainy mlekiem i miodem płynącej – zastają zameczek utrzymujący się jedynie z turystyki, z aspołecznym kasztelanem, hipochondrycznym ogrodnikiem oraz gospodynią o niekorzystnym mniemaniu o własnej pracy. Szybko okazuje się, że posiadają tak naprawdę niewiele, a właściwie tylko tytuł szlachecki. Rodzina Kostków i służba prezentują szerokie spektrum osobowości, które dodatkowo ulegają znacznej metamorfozie pod wpływem groźby bankructwa (część z nich – niektórzy nie zmieniają się ani trochę).

Cykl o „Ostatniej Arystokratce” jest gwarancją rozrywki – skrajnie ekstremalnej, wywołującej łzy i salwy niepohamowanego śmiechu, a jednak w dobrym guście. Błyskotliwy humor autora szybko się udziela i daję głowę, że dziennik pisany po tej lekturze nabrałbym specyficznego nastroju. Sama jeszcze nie próbowałam, ale obawiam się, iż ironia obecna w powieściach na zawsze wryła się w mój umysł.

Coraz bliżej jesienna plucha i ciężkie zimowe początki, a wraz z nią pojawią się dołki, rowy i depresje. Jako lekarstwo na handrę polecam cykl pana Evžena (nazwisko sobie tym razem darujmy, wszyscy i tak je znamy) zaczynający się „Ostatnią Arystokratką”. Prześledźmy losy rodziny, a ich komiczno-katastrofalna sytuacja od razu poprawi nam nastrój. To okrutne, ale na szczęście „Sytuacje i postaci w książce są wymyślone. Z wyjątkiem księcia Schwarzenberga oczywiście.” Biedny książę Schwarzenberg.

Monstera Monkey Mask/Adansonii

Stanowisko: jasne lub światło rozproszone
Wilgotność: wysoka
Podlewanie: po przeschnięciu ziemi, nie przelewać i nie przesuszać

Monstera Adansonii, nazywana powszechnie monkey mask, charakteryzuje się owalno-sercowatymi liśćmi z dziurami. Nie da się jej jednak pomylić z najpopularniejszą odmianą monstery, deliciosą.

Dobrze jest zapewnić Adansonii palik lub drabinkę, po której może się piąć. Ważne jest też, by docierała do niej odpowiednia ilość światła – w przeciwnym przypadku nowe liście będą drobne i stracą swój dostojny wygląd.

Rozmnażanie tej rośliny jest bajecznie proste. Wystarczy uciąć liść wraz z węzłem, z którego wyrasta, a następnie umieścić wodzie. Po jakimś czasie (długość zależy od nasłonecznienia stanowiska ukorzenianej rośliny oraz pory roku – w okresie jesienno-zimowym korzenie rosną zdecydowanie dłużej) powinny pojawić się pierwsze korzenie.

„Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza” – Guillame Bailly

Temat śmierci jako kresu życia, mety śmiertelników czy momentu ostatniego tchnienia nadaje się wybitnie na robienie sobie z niego jaj.

Takie oto zdanie pada we wstępie od polskiego wydawcy. Zacieramy rączki – szykuje się uczta dla mrocznej części duszy rozmiłowanej w czarnym humorze.

Szybko okazuje się jednak, że nie przez cały czas będzie tak zabawnie. Książka ma formę zbioru anegdot, które autor zbierał przez wszystkie lata pracy w zawodzie. Niektórych sytuacji doświadczył osobiście, część zna z opowieści znajomych i współpracowników. Kilka pierwszych historii wprawia w rozbawienie. Następnie zaczynają pojawiać się inne – wzruszające, wstrząsające, przeszywająco smutne. Wszystkie interesujące i warte przeczytania.

Wspomniana już forma ma istotną zaletę – przyjemność z czytania możemy sobie dawkować. Historie możemy poznawać w dowolnych odstępach czasowych. Jest to ważne ze względu na obecny w nich nastrój i rodzaj humoru. Po kilku opowiadaniach możemy uznać, że w sumie nic nas tu nie bawi – nic nie stoi na przeszkodzie, żeby odłożyć lekturę na później. Nie ma bohaterów, których historię można by zapomnieć, fabuły, która z czasem rozmyłaby się, szczegółów umykających w zamieszaniu dnia codziennego.

Co jakiś czas pojawiają się krótsze od innych teksty zatytułowane “Do przemyślenia”. Niektóre traktują o samym zawodzie grabarza, inne o śmierci. Część sprawia, że mamy ochotę odłożyć książkę, usiąść i po prostu pomyśleć. Bo faktycznie. Bo nigdy na to w ten sposób nie patrzyliśmy. A to naprawdę tak jest. Potrzebujemy chwili, żeby ochłonąć. Ale wracamy do lektury, bo w sumie nas wciągnęła.

Tak czy inaczej, “Nekrosytuacje” czyta się dość szybko. Dodatkowo jest to tekst dość ubogacający. Zawód grabarza jest profesją pomijaną, zapomnianą, wyrzucaną ze świadomości społecznej. Dlaczego? To niewygodne, myśleć o tym, co się dzieje ze zmarłymi w czasie między zgonem a pochowaniem. A przecież coś musi.

Otoczenie tego zawodu aurą śmierci odbija się na samych grabarzach. Kojarzeni są z nieszczęściem i cierpieniem, stanowiących nieodłączną część ich pracy. Dlaczego tak często zapominamy, że, jak na każdego z nas, czeka na nich rodzina, dom, ukochany zwierzak i prywatne pasje?

Epipremnum Golden Pothos

Stanowisko: słoneczne lub ze światłem rozproszonym
Wilgotność: umiarkowana
Podlewanie: po przeschnięciu ziemi, należy unikać przelania

Epipremnum to doskonała roślina dla początkujących. Wiele wybacza, szybko rośnie (zwłaszcza przy dobrym oświetleniu), a do tego wygląda zachwycająco. Świetnie oczyszcza powietrze z formaldehydu obecnego w lakierach, licznych kosmetykach, dezodorantach, ale też w środkach odkażających jako konserwant. Może być niebezpieczny dla zdrowia – podrażnia drogi oddechowe i oczy. Epipremnum jest doskonałą rośliną do biur, miejsc pracy, ale też do łazienki i na blat damskiej toaletki 🙂

Epipremnum Golden Pothos to roślina o jasnym, złocisto-zielonym kolorze liści. Jeśli zapewnimy mu drabinkę, będzie się pięknie po niej pięło, a jeśli nie, możemy traktować je jako roślinę wiszącą.

Jest drażniący dla zwierząt – powoduje podrażnienie błony śluzowej języka.

Źródła:
„Rośliny doniczkowe. Sekrety udanej uprawy” Barbara Pleasant
http://blog.naturalniezpudelka.pl/2015/11/uwazajcie-na-formaldehyd-i-jego-pochodne-w-kosmetykach/

Oplątwa – Tillandsia

Stanowisko: światło rozproszone
Wilgotność: dość wysoka
Podlewanie: nie dotyczy

Oplątwy to jeden z najnowszych trendów w uprawie roślin domowych. Są epifitami, co oznacza, że nie pobierają wody przez korzenie, ale przez liście. Ewentualne korzenie służą im wyłącznie do przytwierdzenia się do kory drzewa. Należy jednak zauważyć, iż nie są one pasożytami – samodzielnie wytwarzają i pobierają wszelkie potrzebne im do życia substancje.

Ciekawą kwestią jest pielęgnacja oplątw. Nie potrzebują one ziemi. Lubią zraszanie, jednak należy uważać, by woda nie zalegała między liśćmi – może wtedy przyczynić się do gnicia. Dobrze jest od czasu do czasu zafundować oplątwom kąpiel. Zaleca się wodę destylowaną, jednak moje rośliny radzą sobie też ze zwykłą kranówką.

Kąpiel ta polega po prostu na wsadzeniu Tillandsii do miski z wodą w temperaturze pokojowej (nie należy stosować gorącej ani zimnej wody, by niepotrzebnie nie stresować rośliny) na około godzinę. Po upływie połowie czasu można przewrócić roślinki na drugą stronę, jeśli postanowią zbuntować się i wypłynąć na powierzchnię, jednak nie jest to konieczne – i tak pobiorą wystarczającą ilość wody. Po wyjęciu należy oplątwy położyć na ręczniku do góry nogami, by po liściach spłynął nadmiar wody.

Kąpiel można stosować raz na tydzień lub dwa w okresie letnim i rzadziej (lub wcale, jeśli w pomieszczeniu panuje wyższa wilgotność) w okresie jesienno-zimowym). Zraszać można natomiast co dwa-trzy dni. U swoich oplątw stosuję następujący „grafik”:

Poniedziałekzraszanie
WtorekX
Środazraszanie
CzwartekX
Piątekzraszanie
SobotaX
Niedzielakąpiel

Brak konieczności zakorzenienia oplątw w ziemi daje ogromne możliwości dekoracyjne. Można wykorzystać je do stroików lub słoi, rozłożyć na półce bądź rzeźbach, czy powiesić w oknie, a nawet pod sufitem, jeśli pomieszczenie jest jasne.

Łapa niedźwiedzia

Stanowisko: jasne
Wilgotność: niska
Podlewanie: oszczędne, przy suchej ziemi

Nazwa „Łapa niedźwiedzia” budzi jednoznaczne skojarzenia (w przeciwieństwie do „Cotyledon ladismithensis”, naukowej nazwy gatunku). Nie bez powodu też roślina nosi takie imię. Zasłużyła sobie na nie milutkimi, puszystymi „łapkami” w przyjemnie soczystym odcieniu zieleni, zwieńczonymi licznymi brunatnymi „pazurkami”.

Należy uważać na utrzymanie odpowiednio niskiej wilgotności powietrza. Dobrym sposobem na osiągnięcie tego jest ustawienie razem sukulentów. Ja popełniłam tu błąd i dałam miśkowi za sąsiadów rośliny wymagające wysokiej wilgotności powietrza, a co za tym idzie – zraszania.

Łapa niedźwiedzia to sukulent pochodzący z Południowej Afryki. Do prawidłowego wzrostu i uzyskania atrakcyjnego wybarwienia wymaga dużej ilości światła (zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym). Przekonałam się o tym na własnej (a raczej mojego miśka) skórze, dlatego roślinka ze zdjęcia jest już niestety tylko wspomnieniem. Jednak Cotyledon podbił moje serce i na pewno wkrótce sprawię sobie kolejnego!

Źródło: https://zielony-parapet.pl/sukulenty/29-cotyledon-ladismithiensis-kotyledon-8011517881992.html

„Never never” – Colleen Hoover, Tarryn Fisher

Silas. Lubię go. Lubię jego kojący głos i dobre maniery. A także nos – tego jego paskudnego nochala.

Po przeczytaniu książki Colleen Hoover zatytułowanej “Confess”, zainteresowałam się innymi powieściami tej autorki. Trafiłam na opis powyższej pozycji i bardzo mnie zainteresowała. Na szczęście koleżanka jest fanką Colleen Hoover, więc długo szukać nie musiałam 🙂

Powieść ta powstała we współpracy z Tarryn Fisher, która, podobnie jak wspomniana już Colleen Hoover, ma na swoim koncie kilka bestsellerów. “Never Never” również znajduje się na liście sukcesów obu autorek. O uznaniu, jakim cieszy się w Polsce, świadczy choćby to, że w 2016 została mianowana Książką Roku Lubimyczytać.pl. 

Akcja powieści toczy się współcześnie w Nowym Orleanie. Główni bohaterowie są… No właśnie, kim oni właściwie są? Pytanie względnie proste. Problem w tym, że oni sami tego nie wiedzą. Pewnego dnia Silas i Charlie budzą się, nie pamiętając siebie nawzajem, swoich bliskich, żadnych momentów ze swojego życia. Są czystymi kartami, parą nastolatków zagubioną w świecie, świadomą jedynie, że kiedyś znaczyli dla siebie naprawdę wiele. W jaki sposób dotrzeć do prawdy?

Fakt, że bohaterowie utracili pamięć, pozwala czytelnikom poznać ich od samego początku, obserwować, jak ponownie kształtują się ich osobowości. Ich zadaniem jest dowiedzieć się o sobie wszystkiego, co możliwe. Wykorzystują do tego dzienniki, listy, informacje zaczerpnięte od znajomych i bliskich. Możemy oglądać ich reakcje na to, jakimi ludźmi byli i jak traktowali innych.

Książka z każdą stroną staje się bardziej wciągająca, wciąż stawia nowe pytania przed bohaterami i czytelnikami. Kiedy już myślimy, że wszystko się wyjaśni, nagle pojawia się jakiś element, który burzy wszystko. Akcja trzyma w napięciu właściwie bez przerwy, jednak pojawiają się momenty, kiedy serce zaczyna szybciej bić, a palce zaciskają się na krawędziach stron, by po chwili przerzucać je z prędkością światła. Niewiele mogę powiedzieć, by nie zdradzić fabuły. Co mogę zrobić, to zagwarantować, że każdy czytelnik powinien być zadowolony z zakończenia. W końcu wszystko się wyjaśnia, a jest to wyjaśnienie, które zostawia nas z przyjemnym uczuciem, że również w naszym życiu wszystko dobrze się ułoży.

Dużą rolę gra powtarzające się “Nigdy, przenigdy” (w oryginale “Never never” – stąd tytuł). Dodaje magii całej powieści. Ogromnie wpływa również na atmosferę między bohaterami – sprawia, że są sobie bliscy, ujawnia, jak bardzo się kochają.

“Never Never” autorstwa Colleen Hoover i Tarryn Fisher jest bez wątpienia pozycją, po przeczytaniu której zapragniecie mieć ją na własnej półce. Sama jestem pewna, że przeczytam ją jeszcze niejeden raz.

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij